Róbmy Politykę miejską!

Polityka mieszkaniowa, transportowa, równościowa oraz walka o czyste powietrze powinny być priorytetami na najbliższe lata we Wrocławiu. Bez takich filarów będziemy miały dalej miasto na pasku biznesu, duszne, zakorkowane, a do tego ksenofobiczne i rasistowskie. Poniżej — w wielkim skrócie — opisuję, jak do tych tematów podejść, jak wybrnąć z obecnej wrocławskiej niemocy. Zmiana nadchodzi.

Polityka mieszkaniowa
Żeby zacząć mówić o polityce mieszkaniowej (czy jej braku) we Wrocławiu, musimy odpowiedzieć sobie na pytania: „czyje jest miasto?”,  „do kogo należy?”. Naturalną odpowiedzią jest: “Do mieszkańców”. Posługując się banałem„mieszkańcy muszą mieć gdzie mieszkać” dojdziemy do momentu, w którym odpowiedź na kolejne pytanie — „czy miasto powinno budować mieszkania?” — wydaje się jasna. Jeżeli miasto ma służyć mieszkańcom i mieszkankom, a nie wyobrażam sobie tego w drugą stronę, to musi wziąć na siebie przynajmniej część obowiązków związanych z zaspokajaniem potrzeb mieszkaniowych swoich obywateli i obywatelek.
Miasto ma więcej instrumentów niż miejscy politycy są w stanie przyznać. Przede wszystkim może budować samodzielnie. Korzystając z niskooprocentowanych kredytów z Europejskiego Banku Inwestycyjnego lub Banku Gospodarstwa Krajowego może powiększać własny zasób komunalny (czyli liczbę mieszkań będących własnością miasta). Przy tak zrealizowanych inwestycjach lokator, w trakcie wynajmu nie dochodzi do własności lokalu, więc miasto nie rozdaje mieszkań (co jest częstym zarzutem ze strony liberałów), ale zapewnia dach nad głową swoim obywatel(k)om. Innym instrumentem może być partnerstwo publiczno-prywatne. W takim modelu miasto może przekazywać działki (lub uczestniczyć w kosztach budowy w inny sposób) deweloperom pod budowę w zamian za przekazanie do zasobu komunalnego jakiegoś procentu mieszkań. Takie działanie przeciwdziała również  zamykaniu grup społecznych we własnym gronie, czyli gettoizacji. Podobnie można budować mieszkania, w partnerstwie, gdzie miasto uzyskuje wpływ na wysokość czynszu.
Samo budowanie to oczywiście nie koniec polityki mieszkaniowej. Zostaje jeszcze dbanie o majątek, który obecnie jest w rękach miasta. Trzeba przede wszystkim zatrzymać wyprzedaż lokali oraz budynków pozostających własnością miasta. Należy też o niego zadbać, ale w inny sposób niż dotychczas. Remontujmy całe budynki, nie tylko fasady, a tam, gdzie będzie to uzasadnione, remontujmy także same mieszkania, podnosząc ich standard. Jeżeli w wyniku takich działań wzrosną koszty utrzymania mieszkania (wyższy standard — wyższy czynsz), miasto powinno wprowadzić dodatki mieszkaniowe, które tę różnicę zniwelują.

Polityka transportowa
O polityce transportowej mówią i piszą wszyscy. Jest ona priorytetem wielu programów politycznych. Z mojej perspektywy są to jednak plany szczątkowe. Linia tramwajowa tu, ścieżka rowerowa tam, kładka lub przejście dla pieszych jeszcze gdzie indziej. Kiedy myślę o polityce transportowej Wrocławia, mam na myśli całkowitą zmianę przyzwyczajeń wrocławian w zakresie poruszania się po mieście oraz zmianę postrzegania transportu przez miejskich polityków, polityczki, urzędników i urzędniczki. Niby wszyscy i wszystkie wiemy, że Wrocław nie jest w stanie zmieścić więcej prywatnych samochodów na swoich ulicach (także parkingach, chodnikach, trawnikach, parkach), ale nie widzę nigdzie wokoło siebie woli zmiany takiego stanu rzeczy.
Wprowadzenie Wizji Zero może to zmienić. Priorytetem jest oczywiście poprawa bezpieczeństwa na ulicach miasta, ale poprzez realizację założeń polityki (m.in. uspokojenie ruchu samochodowego) wpływamy na długofalowe procesy zmiany przyzwyczajeń mieszkańców i mieszkanek miasta. Oczywiście trzeba zaproponować realną alternatywę. Najlepszym rozwiązaniem jest transport publiczny. Połączenie sieci linii tramwajowych (rozwijanej i utrzymywanej w odpowiednim stanie), siatki połączeń autobusowych oraz kolei miejskiej z wygodnymi stacjami przesiadkowymi, punktualnymi odjazdami oraz funkcjonalnymi wiatami na przystankach na pewno przekona przynajmniej część użytkowników samochodów, że można po mieście przemieszczać się szybciej i sprawniej.
To, do czego wrocławianie mogliby się dać przekonać, przy odpowiednim wysiłku miasta to zamienienie samochodu na rower. Wrocław jest miastem w miarę płaskim, a do tego najcieplejszym w Polsce. To są idealne warunki do podróżowania po mieście rowerem. Jeżeli miasto zadba o odpowiednią infrastrukturę, może stanowić to początek prawdziwej zmiany. Potrzebne są nie tylko ścieżki rowerowe, choć to podstawa, ale także bezpieczne parkingi (zwłaszcza przy węzłach przesiadkowych), czy wypożyczalnie rowerów miejskich wyposażone w rowery cargo oraz do przewozu dzieci. Osobiście poruszam się rowerem po mieście (całorocznie) od trzech lat. Brak korków, czekania na przystankach, a przede wszystkim wielka swoboda w planowaniu podróży (rower wjedzie prawie wszędzie) powodują, że nie chce się już wracać do poprzednich metod.

Czyste powietrze
Oczywiście o smogu także mówią wszyscy, ale zapominają o jednej bardzo istotnej rzeczy. Największą część smogu we Wrocławiu produkuje tzw. niska emisja, czyli ogrzewanie mieszkań stałymi paliwami, często o niskiej jakości. Żeby temu przeciwdziałać nie wystarczy program subsydiowania wymiany pieców, czy nawet dopłaty do ogrzewania przy zwiększonych kosztach. Miasto musi wprost wziąć na siebie odpowiedzialność, za to, żeby “kopciuchów” w mieście było jak najmniej. Droga do tego jest tylko jedna. Przede wszystkim inwentaryzacja starych pieców. Miasto w tej chwili nie wie, ile faktycznie pieców zatruwa nasze powietrze. Następnie przejęcie na siebie procesu wymiany pieców. Nie mówimy tu tylko o tych piecach, do wymiany których mieszkańcy i mieszkanki sami i same się zgłaszają, ale o podjęciu działań (planowanie, zlecanie, a w uzasadnionych przypadkach także 100% finansowanie) wobec tych, których właściciele, z różnych powodów do wymiany nie zgłosili.
Tylko w ten sposób, przejmując całkowitą odpowiedzialność za akcję wymiany pieców realnie poradzimy sobie z problemem.

Polityka równościowa (last, but most certain not least)
Na którymś spotkaniu negocjacyjnym usłyszałyśmy od ruchów miejskich, że tzw. “sprawy światopoglądowe” (w tym np. miejski program in vitro) nie przynależą do polityki miejskiej i jako ewentualny komitet nie powinnyśmy się nim zajmować. Nie mogli się bardziej mylić. Miasto ma wiele narzędzi do promowania równości i różnorodności i powinno z nich korzystać.
Pierwszym bardzo kompleksowym rozwiązaniem jest Karta Równości Kobiet i Mężczyzn w Życiu Lokalnym. Należałoby ją przyjąć jak najszybciej. Dokument jest tak obszerny, że pokrywa swoim zakresem całość działań lokalnych promujących równość ze względu na płeć. Znajdziemy tam działania zarówno promujące wybór “niestandardowych ścieżek edukacji i kariery”, działania obejmujące rozwiązywanie problemów mieszkaniowych, zdrowotnych czy transportowych w odniesieniu do płci.
To co miasto może zrobić, a czego nie robi, na co pozostaje ślepe i głuche, to monitorowanie zjawiska dyskryminacji w mieście. W tej chwili nawet nie wiemy do ilu działań dyskryminacyjnych dochodzi. Nie zbieramy danych, nie analizujemy, nie wyciągamy wniosków. Ponadto miasto może wprowadzać szkolenia antydyskryminacyjne dla swoich pracowników i pracowniczek. Może zadbać, o to, żeby wszystkie osoby pracujące w jakiejkolwiek formie dla miasta, wiedziały, które zachowania są dyskryminujące, same nie dyskryminowały i potrafiły na dyskryminację zareagować. W ten sposób miasto może stać się przykładem do naśladowania w jaki sposób sprawić, by nikt, bez względu na płeć, przynależność etniczną, wyznanie (lub brak), czy orientację seksualną nie czuł się w miejskim otoczeniu źle.

Widziałbym Wrocław jako miasto otwarte, nie bojące się wyzwań i przejmujące odpowiedzialność za los swoich obywateli i obywatelek. Jeżeli mamy wybierać przedstawicieli i przedstawicielki, które chowają głowę w piasek, żeby tylko nie powiedzieć nic kontrowersyjnego, to może lepiej napisać dobre algorytmy do zarządzania transportem, usprawniające pracę urzędników i urzędniczek, wyprzedające z automatu miejskie mienie. Jeżeli chcemy dyskusji o mieście, jego roli, zakresie odpowiedzialności, to wybierzmy osoby, które nie boją się zabrać głosu i stać przy swoim zdaniu. Zacznijmy w końcu uprawiać miejską Politykę na serio.

 

Korekta: Agata Kreska, Filip Chudy

Reklamy

Europejska Wiosna, czyli jak się robi demokrację vol.5

ew

Chciałbym wam opowiedzieć o Europejskiej Wiośnie, ale nie chcę powtarzać tego, co można przeczytać na naszej stronie. Chciałbym za to opisać, jak wyglądał proces przygotowań od kuchni. Przynajmniej tę część, nad którą pracowałem osobiście.

Od ponad pół roku pracuję w sekretariacie ds. międzynarodowych przy Zarządzie Krajowym. Moja przygoda z tym ciałem zaczęła się od udziału w spotkaniu „Progresywna sieć Polska-Niemcy”. Żeby być na bieżąco ze sprawami międzynarodowymi, dołączyłem do tego sekretariatu. W międzyczasie udało mi się (z ramienia okręgu wrocławskiego, ale przy wsparciu sekretariatu) wyjechać na warsztaty miejskie do Berlina organizowane przez Rosa-Luxemburg-Stiftung i brać udział w przygotowaniach naszych członkiń i członków na wyjazdy zagraniczne. Pracuję też w części administracyjnej porządkując i archiwizując sprawozdania ze spotkań z partnerami międzynarodowymi.

Kiedy Razem było na finiszu europejskich rozmów koalicyjnych, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk (prowadząca prace sekretariatu) wyszła z pomysłem, żeby z tej okazji zrobić wydarzenie, na którym zaprezentujemy organizacje wchodzące w skład koalicji oraz program na wybory europejskie. Na początku zawiązał się skromny, trzyosobowy (ADB, Zofia Malisz z Razem Szwecja i ja) zespół, który zaczął prace nad zorganizowaniem takiego wydarzenia. Po wstępnym opracowaniu budżetu okazało się, że nie będzie nas stać na zorganizowanie osobnej konferencji, więc postanowiłyśmy spróbować połączyć ją z Kongresem Razem, który wypadał w czerwcu. Wszystkie osoby i ciała zaangażowane w organizację Kongresu wyraziły zgodę na takie połączenie.

Od tego momentu zaczęły się prace koncepcyjne. Pracowałyśmy (tak jak się odbywa większość prac w partii) o w oparciu o komunikator Slack, a także Hangouts, żeby móc porozmawiać „na żywo”. W trakcie prac ustaliłyśmy, że podzielimy wydarzenie na dwie części. Pierwszą, promującą program, z wystąpieniami przedstawicieli_ek wszystkich uczestniczek koalicji, i drugą,  debatę, na której zostanie poruszony któryś z punktów programu. W trakcie prac zdecydowałyśmy jednak, że debata będzie traktowała o polityce miejskiej szeroko zahaczając o idee municypalizmu. Nie mogę powiedzieć, żebym nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy, bo pomysł z debatą miejską był mój. 🙂

Kiedy miałem już swoją działkę do zrobienia, trochę odsunąłem się od organizowania całego wydarzenia (choć dalej byłem odpowiedzialny m.in. za załatwienie tłumaczenia) i skupiłem się na zorganizowaniu panelu miejskiego. Roboczo nazwa miała brzmieć „Progresywne miasta Europy”, ale w końcu stanęło na „Otwarte miasta Europy” inspirowane pomysłem na nazwę komitetu wyborczego we Wrocławiu (autorstwa D.K.). Spośród osób, które rozważałyśmy jako uczestniczki panelu, udało nam się zaprosić: Tomislava Tomaševicia z chorwackiego ruchu miejskiego Zagreb je Naš!, który obecnie ma 4 radnych w radzie miejskiej Zagrzebia, Tomislav był też kandydatem na prezydenta miasta; Jana Śpiewaka z Wolnego Miasta Warszawa, partnera koalicyjnego Razem w Warszawie, prawdopodobnego kandydata na prezydenta Warszawy; Darię Gosek-Popiołek z Razem Kraków, także prawdopodobną kandydatkę na prezydentkę Krakowa oraz Michała Pytlika z Razem Opole, polityka i aktywistę, który m.in. brał udział w proteście głodowym przeciwko powiększeniu Opola. Mając potwierdzenia od uczestniczek panelu przeszłyśmy do opracowywania scenariusza. Skontaktowałem się ze wszystkimi uczestniczkami i wypytałem je o ich ulubione miejskie tematy lub zakres polityki miejskiej, który trzeba na takiej debacie poruszyć. Z tych rozmów narodził się pomysł, by podzielić panel na trzy części: otwartość na obywateli i obywatelki (partycypacja), otwartość na różnorodność (prawa LGBT+ oraz prawa kobiet) oraz otwartość na inność (migranci, migrantki i uchodźcy, uchodźczynie).

Debatę zdecydowała się poprowadzić Magda Owczarek, rzeczniczka prasowa okręgu wrocławskiego. Z nią przystąpiłyśmy do opracowania szczegółowego planu debaty. Wymyśliłyśmy mnóstwo pytań, które można stawiać w trakcie takiej dyskusji, mimo że wiedziałyśmy, że większości z nich nie uda się zadać. Chodziło nam o to, żeby zakres dyskusji mieć na tyle szeroki, żeby móc reagować na dynamikę rozmowy odpowiednimi pytaniami. Szczegółowy plan możecie obejrzeć tutaj.

Podczas samego wydarzenia pilnowałem organizacji tłumaczenia symultanicznego oraz odpowiadałem za relację wydarzenia na Twitterze przez nasze konto Razem International, którym na co dzień się opiekuję. Tu z pomocą przyszła mi Zofia Malisz, która zgłosiła się do tweetowania na żywo, a mi zostało lajkowanie i podawanie dalej wpisów z kont innych organizacji, które brały udział w wydarzeniu (m.in. DiEM25). Pierwsza część wydarzenia upłynęła nam więc na wlepianiu wzroku w komórki i laptopy, by jak najwięcej osób na Twitterze mogło się o naszej inicjatywie dowiedzieć. Możecie ocenić jak nam to wyszło, przeszukując tweety z hashtagami #EuropejskaWiosna, #EuropeanSpring i #HopeIsBack. Mogę na szybko się pochwalić, że w ciągu soboty przybyło nam dzięki temu ponad 70 followerów.

Kiedy rozpoczęła się debata „Otwarte miasta Europy”, kiedy wszyscy goście i gościni zasiedli na scenie na kanapach (sic!), oznaczało to dla mnie koniec faktycznej pracy. Od tej chwili wszystko było w rękach Magdy. Tematy, które zdecydowałyśmy się poruszyć, były na tyle interesujące i miały tak dużo przykładów z życia miast, że udało nam się przerobić zaledwie ⅓ z zaplanowanego scenariusza. Tym niemniej, dyskusja była bardzo ciekawa, a wypowiedzi panelistów i panelistek często przerywały brawa. Okazało się, że główne problemy miast, jak choćby zabetonowanie towarzysko-biznesowo układu są dla nich wspólne, bez względu na wielkość czy położenie geograficzne. Konkluzja panelu była jednak optymistyczna. Widać było rodzące się siły, które są w stanie zmienić oblicze miast, a za nimi całej Europy.

Całe wydarzenie możemy uznać za sukces. Zadowoleni z niego byli nasi europejscy partnerzy i partnerki, którzy od tej pory będą inaczej patrzyli na naszą część Europy. Zadowolone były także delegatki i delegaci na Kongres Razem, którzy wzięli udział w niecodziennym wydarzeniu. Jako organizatorki możemy też być zadowolone, że udało nam się zorganizować wydarzenie, które jednocześnie było ważne i atrakcyjne. Jeżeli to był pierwszy krok do eurowyborów, to z nadzieją patrzę na ich wynik za rok.

Korekta: Paweł Laskoś-Grabowski

Dlaczego nie jestem feministą?

„Kobiety to największe przegrane transformacji ustrojowej” – takie zdanie można usłyszeć z wielu stron oceniających przekształcenia w naszym kraju na początku lat ‘90. I bardzo ciężko się nie zgodzić. Od prawie 30 lat konserwatywna „propaganda” ustawia kobiety w roli, w jakiej w czasach PRL nie musiały spełniać. Mimo że to na kobiety spadał w większości ciężar opieki nad dziećmi, większa była dostępność żłobków i przedszkoli, łatwiej było wrócić po porodzie do pracy. Konserwatywni politycy i polityczki zrobili na początku lat ‘90 skok na prawa kobiet i ograniczyli prawo do aborcji. Od tamtej pory kobietom w Polsce wiedzie się coraz gorzej.
Żyjemy w kapitalistycznej, patriarchalnej kulturze gwałtu. Kobieta, która nie wpasowuje się w takie schematy jest z miejsca kurwą. Każde odstępstwo od wyrobionych kulturowych torów jest traktowane jako zamach na najświętszą świętość. Kultura ta reprodukuje się poprzez powtarzane w kółko rytuały. Chrzest, komunia, bierzmowanie, ślub, ostatnie namaszczenie. W międzyczasie powtarzamy w cyklu rocznym święta wszelakie. Od święta Wojska Polskiego po urodziny, rocznice i walentynki. Żaden/żadna z nas, wychowany_a w tej kulturze nie jest od jej ram wolny_a. Ja także. Zauważam u siebie te same cechy co u innych przedstawicieli osób urodzonych jako mężczyźni i zsocjalizowanych do męskiej roli. Mansplaining, manspreading, agresja, zawłaszczanie przestrzeni publicznej, wypowiadanie się poza swoimi kompetencjami, przerywanie wypowiedzi aż po zwykły „seksizm dnia powszedniego”.
Idee feministyczne są mi bardzo bliskie. W nich widzę przyszłość naszych społeczeństw. Wieszczę także rychły upadek patriarchalno-kapitalistycznego systemu wartości, tak w sferze publicznej, jak i prywatnej. Mam nadzieję, że kolejna fala feminizmu w końcu opanuje naszą kulturę i przejmie ją, niwelując wszystkie (bądź prawie wszystkie) jej wady. Jeżeli oznacza to przeoranie naszej kultury do samych fundamentów, a nawet wyrywając te fundamenty – tym lepiej. Mam dosyć tej kultury, której przedstawicielem i beneficjentem niestety jestem.
Właśnie dlatego nie mogę nazwać się feministą. Nie jest to przypinka, którą można sobie wpiąć w klapę bez względu na prezentowane postawy czy zachowania. Tu prywatne jest publiczne. Tutaj, to co robimy w swoich czterech ścianach ma znaczenie w życiu publicznym. Nie chcę być „papierowym feministą”, a wiem, że i mi zdarzają się zachowania przemocowe, seksistowskie czy mizoginiczne. Tak długo, jak się z tymi cechami, nadanymi w procesie socjalizacji nie uporam, tak długo określanie się jako feminista będzie nadużyciem. Dopóki nie oduczę się mansplainingować, manspreadować, i nie nauczę się zamykać, kiedy nie mam nic wnoszącego do powiedzenia, a jednocześnie słuchać, słyszeć i szanować to co usłyszę, dopóty ze zwykłej przyzwoitości nie nazwę się feministą, mimo że bardzo bym chciał.
Przede mną dużo pracy. Przede wszystkim nauczyć się zauważać wszystkie negatywne zachowania, zanim któraś koleżanka zwróci mi uwagę. Nauczyć się reflektować i przepraszać. Próbować rozumieć, choć nie łudzić się, że jest to tak do końca możliwe. Perspektywy wynikające z procesu socjalizacji są już chyba zbyt odległe, ale zawsze można robić coś lepiej niż obecnie. Piłka jest teraz po naszej, osób socjalizowanych do roli męskiej, stronie. Kobiety wyraźnie artykułują czego chcą, a co jest nieakceptowalne. Teraz od nas zależy, czy coś się w tej materii zmieni, czy dalej będziemy trwały w patriarchalnej kulturze.

Cała Polska Specjalną Strefą Ekonomiczną

Sejm przyjął w ostatnich dniach ustawę umożliwiającą przyznawanie ulg podatkowych CIT, które do tej pory obowiązywały jedynie w Specjalnych Strefach Ekonomicznych, na terenie całego kraju. Ma to skłonić inwestorów do ulokowania swojego kapitału właśnie w Polsce.
Przyglądam się działaniom SSE od samego początku ich istnienia. Jeszcze w latach 90tych, był to całkiem niezły pomysł na wyciąganie z zapaści gospodarczej regionów, które transformacja ustrojowa dotknęła najmocniej. Jednak już od wstąpienia Polski do UE zaczął się z tego robić zwykły biznes, na którym korzystają władze oraz inwestorzy. Pierwsi na dobrym publicity, bo „tworzą miejsca pracy”, a drudzy na zwolnieniach podatkowych. Jedyna grupa, która na tym nie zyskuje, to cała reszta, czyli my.
Rozciągnięcie mechanizmu SSE na cały kraj pokazuje jaką drogę obiera, ten niby socjalny rząd. Widać po takim działaniu, że zapowiedzi „wstawania z kolan” są pustymi hasłami, a obecna ekipa rządząca, oprócz klęczenia w kościołach klęczy także przed wielkim biznesem.
Nie da się prowadzić aktywnej polityki społecznej nie zwiększając dochodów państwa, a tego nie da się zrobić rozdając ulgi podatkowe na prawo i lewo. Jeżeli chcemy mieć sprawne państwo, takie które faktycznie jest w stanie zadbać o potrzeby obywateli, to musimy doprowadzić do uszczelnienia systemu podatkowego, a SSE są jednymi z takich dziur. Dopóki jednak były to pojedyncze strefy porozsiewane po całym kraju można było je kontrolować, ale obecnie forsowane przepisy zrobią nam wyrwę w budżecie, której nie będziemy w stanie załatać w żaden inny sposób.
Oczywiście ilość inwestycji się zwiększy, liczba miejsc pracy także. W tabelkach i na wykresach wszystko będzie w pięknym zielonym kolorze, ale nie oznacza to, że dla nas, zwykłych obywateli to cokolwiek zmieni. Z takich inwestycji nie przybędzie środków w budżetach centralnym i lokalnych. To znaczy, że nie będzie większej ilości środków na ochronę zdrowia, edukację czy programy  mieszkaniowe. Przedstawiciele biznesu i przedstawiciele władzy (bo na pewno nie będą to przedstawicielki) w blasku reflektorów będą sobie spijali z dzióbków, ale dla przeważającej większości nie zmieni to zupełnie nic.

Nie daj się oskubać windykatorom

W UPROSZCZENIU

W maju i czerwcu tego roku będę uczestniczył w akcji pod nazwą „Nie daj się oskubać”. Będziemy starali się dotrzeć do mieszkańców mniejszych miejscowości na Pomorzu Zachodnim, w celu budowania świadomości dotyczącej praw i obowiązków dłużników.

Z doświadczenia wiem, że walka z firmami windykacyjnymi może stanowić spory problem dla osoby nieobeznanej w niuansach prawnych. Dlatego chciałbym się z Tobą podzielić kilkoma poradami, jak zachować się w stosunku do windykatorów – co robić a czego unikać. Wytłumaczę Ci też, dlaczego za dług wobec (przykładowo) dostawcy internetu, ściga Cię firma, której nazwy nigdy wcześniej nie widziałeś (widziałaś) na oczy.

W tej notce skupię się na wariancie zakładającym, że rzeczywiście posiadasz jakieś zadłużenie. Jeżeli firmy windykacyjne nękają Cię, bo, przykładowo, wystąpiła zbieżność nazwisk lub adresów z istniejącym dłużnikiem, to tu sposób obrony jest z reguły nieco łatwiejszy i wymaga jedynie konsekwentnego zaprzeczania, że to Twój dług (możesz windykatorów nawet postraszyć sądem…

View original post 1 569 słów więcej

Warsztaty z polityki miejskiej – Berlin

Wraz z osobami z Warszawy, Zagrzebia i Berlina wziąłem niedawno udział w warsztatach z polityki miejskiej zorganizowanych przez Rosa Luxemburg Stiftung. Przez trzy dni miałyśmy okazję poznać wszystkie szczeble berlińskiej administracji oraz porozmawiać o najbardziej palących problemach stolicy Niemiec. Rozmawiałyśmy z radną jednego z berlińskich osiedli, burmistrzem dzielnicy Pankow, parlamentarzystami berlińskiego Repräsentantenhaus, członkinią parlamentu krajowego oraz ko-przewodniczącym Die Linke. Udało nam się także poznać i porozmawiać z osobami odpowiedzialnymi w Die Linke za planowanie strategiczne oraz poszerzanie bazy członkowskiej.

Ciekawie było zdać sobie sprawę z faktu, że Berlin boryka się z bardzo podobnymi problemami jak np. Wrocław, ale na zupełnie innym poziomie. W polityce mieszkaniowej jednym z bardziej palących problemów jest wynajem krótkoterminowy (prowadzony m.in. przez Airbnb), który eliminuje z rynku rodziny chcące za niewygórowaną cenę wynająć mieszkanie. Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że większość berlińskich rodzin nie jest właścicielami lokali, w których mieszka, taka sytuacja staje się poważnym problemem społecznym. Berlińscy parlamentarzyści i parlamentarzystki pracują już nad odpowiednimi narzędziami mającymi ograniczyć ten proceder.
Jeżeli przypatrzymy się berlińskiemu systemowi transportu publicznego, to w porównaniu z wrocławskim jest on po prostu piękny :). Kolej naziemna i podziemna oraz sieć autobusów pozwoliła nam przez cały czas trwania warsztatów sprawnie poruszać się po mieście. Jednak, jak mówił burmistrz Pankow Soren Benn, od lat nie inwestowano w rozwój sieci połączeń i w tej chwili osiągnął on już swoją maksymalną przepustowość. Faktycznie, któregoś dnia nie udało nam się wsiąść do kolejki, bo była przepełniona. Nie spowodowało to jednak zbyt dużego problemu, bo po 3 minutach podjechała następna. Niemniej pokazało to, co się dzieje, kiedy przestajemy zajmować się którymś działem polityki społecznej.
Inaczej niż u nas wyglądają problemy Berlina w obszarze edukacji. To nie ilość środków finansowych jest przeszkodą w zapewnieniu odpowiedniego poziomu kształcenia, ale brak placówek oraz braki w kadrze. Dotyczy to wszystkich szczebli edukacji – od żłobka do szkoły średniej. Często dopuszcza się do pracy mniej wykwalifikowaną kadrę, np. w przedszkolach, jednak ryzykuje się wtedy obniżeniem jakości edukacji. Budżet przeznaczany na edukację w Berlinie wystarczyłby na zaspokojenie wszystkich potrzeb edukacyjnych mieszkańców i mieszkanek, lecz brak jest chętnych do pracy oraz brakuje placówek, w których można by zorganizować szkoły czy przedszkola, a wybudowanie nowych jest bardzo czasochłonne.

Ciekawe były spotkania z osobami z wewnętrznych struktur Die Linke. Udało mi się zamienić kilka zdań z szefową działu strategicznego Christiną Kaindl, która zajmuje się m.in. tworzeniem strategii przeciw-hegemonistycznych do neoliberalizmu oraz prawicowego ekstremizmu. Jej odpowiedzią na pytanie, jak sobie radzić z ponad 30-letnią neoliberalną narracją w naszym kraju, było położenie nacisku na sprawy społeczne, a zwłaszcza korzyści płynące z państwa opiekuńczego dla większości społeczeństwa oraz pokazywanie zagrożeń płynących z coraz większych nierówności ekonomicznych.
Do równie ciekawych wniosków dochodziłyśmy podczas spotkania z osobami odpowiedzialnymi w berlińskim Die Linke za sprawy członkowskie (Sebastian Koch, Chrisitin Lochner). Partia ta dosyć mocno otworzyła się na osoby spoza swoich struktur, pozwalając nawet na pracę takich osób nad programem. Oczywiście, ostateczna wersja programu musi być zatwierdzona przez wewnętrzne ciała statutowe, ale idea otwarcia się na pomysły ludzi w ogóle nie związanych z partią wygląda naprawdę kusząco. Już w tej chwili pracujemy we Wrocławiu nad programem przy udziale innych organizacji, ale takie otwarcie, jak w Die Linke, może przynieść zaskakujące efekty. Równie otwarcie partia podchodzi do organizacji różnych swoich wydarzeń. Przede wszystkim stawia na organizowanie spotkań na styku kultury, sztuki i polityki oraz pozwala osobom spoza organizacji nie tylko uczestniczyć w takich wydarzeniach, lecz także pracować przy ich organizacji. Zdarza się również, że takie osoby przychodzą z samym pomysłem, a partia wspiera je od strony organizacyjnej, logistycznej czy medialnej. W ten sposób buduje sobie zaufanie w przeróżnych środowiskach.

Głównym wnioskiem, z jakim wyjechałem z Berlina, było „Work never ends!” (praca nigdy się nie kończy). W żadnym momencie pracy społeczno-politycznej nie możemy ogłosić sukcesu i przestać działać. Zmieniające się nieustannie warunki zewnętrzne sprawiają, że praca nad kształtem państwa, regionu, miasta tak, żeby odpowiadało na potrzeby mieszkańców i mieszkanek nigdy się nie kończy, a żadne rozwiązanie nie jest ostateczne. W momencie, w którym uznamy, że nasza praca nad jakimś obszarem jest skończona i możemy go odstawić na półkę – przegramy. Tym bardziej w Polsce, gdzie jest tyle do zrobienia, nastawmy się na ciężką pracę. Mam jednak nadzieję, że będzie to wynagradzające zajęcie.

Europa socjalna – nie liberalna!

Tak jak demokrację, tak samo Europę możemy określić jako wybór między jej socjalnym a liberalnym odcieniem. Z jednej strony mamy prawa różnych grup, uwzględniające grupy defaworyzowane, a z drugiej wysublimowany egocentryzm, który każe nam myśleć, że każdy_a jest kowalem_ką własnego losu. Pierwsze podejście mówi nam, że razem jesteśmy w stanie wywalczyć dla siebie więcej, mimo, że może jednostkowo trochę mniej. Drugie składa, każdej i każdemu z osobna, na barki odpowiedzialność za swój jednostkowy los bez uwzględnienia warunków otoczenia.

Kiedy patrzę na „starą” Europę i szukam przyczyn jej dobrobytu, a także szerokich swobód obywatelskich widzę, przede wszystkim troskę o prawa pracownicze oraz zabezpieczenie przed wypadkami losowymi. Te dwa aspekty wydają mi się być kluczowe. Jeżeli już obalimy mit, że wszyscy bedziemy „parówkowymi potentatami”, musimy dojść do wniosku, że większość z nas będzie zajmowała się pracą najemną. Nie oznacza to, że ktoś_sia jest mniej zaradny_a, mniej przebojowy_a czy mniej inteligentny_a od osoby prowadzącej swój własny interes, ale że w czym innym upatruje realizację samej siebie. To, że zarabianie pieniędzy, pomnażanie majątku nie jest dla nas celem samym w sobie nie oznacza, że coś jest z nami nie tak (mimo, że cała neo-liberalna narracja tak nam mówi). W związku z tym, musimy, jako społeczność pracowników i pracowniczek zadbać o to, żebyśmy mieli i miały zapewnioną przestrzeń do realizacji swoich własnych, osobiście zdefiniowanych celów. Do tego potrzebujemy m.in: stałych godziny pracy, godnych zarobków oraz pewności, że w sytuacji, w której nie będziemy w stanie pracować (tymczasowo – bezrobocie, lub trwale – wypadek, choroba) nie zostaniemy pozstawieni_one sami_e sobie. Dzięki takim rozwiązaniom, jakie panują w większości krajów UE pracownicy i pracowniczki, czyli przeważająca większość, mają czas i ochotę na aktywność jeszcze po pracy zawodowej. Jesteśmy wypoczęci_te, zrelaksowani_e i po prostu szczęsliwi_e. Przekłada się to też na efektywność w samej pracy, a tym bardziej na kreatywność, która jest tak ceniona przez osoby prowadzące firmy czy zarządzające zespołami.

Z drugiej strony możemy postawić Europę liberalną, czyli taką, która przedkłada nad wszystko powyższe wolność jednostki, zwłaszcza wolność do bogacenia się. Nie da się tutaj, jednak pominąć faktu, że z tej wolności rzadko korzystają jednostki a częsciej pan-narodowe korporacje. Przez lobbing w ciałach UE, a najbardziej w Komisji Europejskiej, wprowadzają rozwiązania, które przysparzają im zysków, ale ograniczają nasze prawa socjalne. Za każdym razem, kiedy trzeba zderegulować rynek pracy czy poluźnić/nie zaostrzać kontroli nad przepływem środków finansowych robi się to jednym, dwoma pociągnięciami w imię „wolności”, w domyśle „gospodarczej”. Unia staje tutaj na straży i pilnuje, żeby nikt, żadna organizacja społeczna czy rządowa nie ingerowała w wolność robienia interesów.

Świadomie zawężam tutaj liberalizm UE do działań gospodarczych, bo Europa socjalna nie wyklucza dbania o prawa jednostek. Takie osiągnięcia jak wolności obywatelskie, prawa mniejszości, prawa reprodukcyjne są możliwe do zrealizowania w obydwu modelach – socjalnym i liberalnym. Z tą różnicą, że w modelu socjalnym dostęp do tych zdobyczy jest szersza.

Zadajmy sobie, więc pytanie na czym nam, „pracującej większości” powinno zależeć? Co jest dla nas istotniejsze? Czym, według nas UE powinna się zajmować? W czyim interesie występować? Czy powinniśmy się godzić na ograniczanie sfery publicznej, by prywatne firmy mogły działać bez skrępowania na polu edukacji czy ochrony zdrowia? Czy wolałybyśmy, żeby Unia Europejska prowadziła aktywną politykę mieszkaniową dbając o to, żeby na naszych podstawowych potrzebach nikt nie zarabiał bajońskich sum?

Bezpieczeństwo socjalne, którego nie jesteśmy już w stanie osiągnąć w państwach narodowych jest do osiągnięcia na poziomie Unii Europejskiej. W obliczu globalizacji, żaden europejski kraj nie jest już w stanie sobie samodzielnie radzić z jej wyzwaniami. Tylko jako większa społeczność, społeczność europejska jesteśmy w stanie przeciwstawić się neo-liberalnemu walcowi, który po kolei rozjeżdża wszystkie nasze prawa i wolności. Jako podstawę, filary takiej społeczności postawiłbym właśnie prawa socjalne. Bez względu czy mieszkamy w Grecji, Niemczech czy Polsce, dostęp do lekarza, szkoły, ośmiogodzinny dzień pracy, wolne weekendy są naszymi wartościami wspólnymi. Są na pewno bardziej wspólne, niż forsowane przez niektórych “chrześcijańskie korzenie Europy”. Te pierwsze rozumieją się same przez się, drugie poddają się różnorakiej interpretacji. Zbudujmy, więc Europejską wspólnotę na prostych wartościach, rozumianych w każdym kraju tak samo – dom, szkoła, praca. Pozwoli nam to wspólnie walczyć o to, co dla każdej jednostki jest ważne – zaspokojenie podstawowych potrzeb. To co zrobimy z wolnym czasem i pieniędzmi w ten sposób uzyskanymi zależy już od każdej_ego z nas z osobna.