Czy w Polsce istnieje elektorat „true” lewicowy?

Moja macierzysta partia polityczna robi dwa fikołki za jednym razem. Po pierwsze, idzie w koalicji z Wiosną Roberta Biedronia. Jeszcze pół roku temu okoliczności fiaska rozmów z Wiosną doprowadziły do rozłamu w partii i masowego odejścia aktywnych osób w okręgu wrocławskim. Po drugie, Razem idzie w koalicji z SLD, co jest wbrew „mitowi założycielskiemu” partii, która przez całe 4 lata starała się stworzyć lewicową siłę polityczną bez udziału Sojuszu. W wyniku tych fikołków odchodzą osoby, dla których koalicjaz SLD to zdrada ideałów i całkowite zaprzedanie partii za „kilka stołków w parlamencie”. Razem, nawet jeśli ustoi po tej wolcie, to będzie już tylko wydmuszką samej siebie sprzed roku. Zostają medialne twarze, już bez szerokiego aktywu, który był w stanie pracować w terenie. 

Razem powstało jako partia lewicowa w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu. Postulowała zarówno ochronę lokatorów przed deweloperami, jak i ochronę mniejszości przed mową nienawiści. Wspierała zarówno pracowników w walce z przedsiębiorcami o lepsze warunki pracy, jak i kobiety w walce o dostęp do bezpiecznej i legalnej aborcji. Razem było przede wszystkim bezkompromisowe w swoim podejściu do życia publicznego. Razem było (lub przynajmniej starało się być) ucieleśnieniem określenia „lewica”.

Obecne posunięcia pozwalają więc zadać pytanie: czy w Polsce w ogóle istnieje elektorat stricte lewicowy? Czy istnieje wystarczająca liczba osób, dla których połączenie liberalnych postulatów w kwestii praw człowieka, oraz prospołecznych w gospodarce jest w ogóle do zaakceptowania? Doświadczenie z wyborów europarlamentarnych pokazuje, że nie. Koalicja, która łączyła w sobie młodą lewicę (Razem), starą lewicę (UP) oraz oddolny ruch pro-społeczny (RSS) zdobyła żenująco niski wynik 1,24% głosów. Po tym doświadczeniu władze Razem doszły jednak do wniosku, że same – lub przy udziale mikrolewicy – nie są w stanie wprowadzić osób do parlamentu. Jednak to tam odbywa się „prawdziwa polityka” i bez reprezentacji można być co najwyżej ruchem społecznym, a nie partią. Z mojego punktu widzenia jest to krok jak najbardziej w dobrą stronę. Lepiej mieć choć dwójkę parlamentarzystów/parlamentarzystek i z pozycji Sejmu wprowadzać lewicowe postulaty do mainstreamu, niż bezpłodnie siedzieć na barykadzie, która w ostatecznym rozrachunku naprawdę nikogo nie obchodzi. Cieszę się, że władze Razem w końcu dorosły do takiej decyzji, mimo że jest to pójście na głęboki kompromis z własną tożsamością. 

Mam oczywiście żal, że nie stało się to pół roku temu, kiedy wiele osób przez wiele miesięcy mówiło, że najlepszą drogą do realizacji razemowego planu, pomysłu na państwo, Europę i świat – jest koalicja szersza niż z mikrolewicą, o której nikt nie pamięta. Szkoda, że strategia partii jest pisana na kolanie tuż przed kolejnymi wydarzeniami politycznymi i Razem traci wiarygodność, w zależności od momentu krytykując lub wychwalając te same podmioty polityczne. Szkoda, że kosztem kolejnych zwrotów akcji i chaotycznego szukania pomysłu na siebie są za każdym razem mandaty wielu aktywnych osób.

Bardzo kibicuję tej koalicji. Mimo, że nie jest ona bez wad i nie jest moim wymarzonym tworem politycznym (wczesne Razem było). Mam jednak nadzieję, że odniesie w nadchodzących wyborach sukces i będę miał w Parlamencie swoją przedstawicielkę. A jeśli tylko będzie to możliwe, z chęcią wesprę aktywnie pracę w kampanii wyborczej jesienią.

Redakcja: D.K.

Reklamy

Strajk, seks i usługi publiczne

Pozwolę sobie w tym wpisie na dosyć luźne analogie i może nie do końca trafne porównania, ale zależy mi na tym, żebyśmy spojrzeli i spojrzały na strajk nauczycieli i na edukację seksualną (mimo, że te tematy nie łączą się bezpośrednio) z trochę innej strony. Chciałbym, żebyśmy zaczęli traktować edukację (zarówno ogólnie, jak i samą seksualną) inaczej niż do tej pory, ale tak jak traktujemy inne dziedziny życia. Normalnie.

Nie rozumiem, jakie racje przemawiają do osób, które są przeciwne podwyżkom dla nauczycielek i nauczycieli. Przecież to osoby, którym oddajemy pod opiekę nasze dzieci. Wydawałoby się, że nasze największe skarby, przyszłość społeczeństwa zasługują, żeby mieć najwyższej jakości opiekę i edukację. Z drugiej strony nie mamy żadnego problemu, żeby zaakceptować wysokie zarobki w bankowości, czy sektorze finansowym. Tutaj jesteśmy w stanie stwierdzić, że pieniądze to bardzo poważna sprawa i że powinni nimi zajmować się dobrze opłacani profesjonaliści i profesjonalistki. Czy oznacza to, że bardziej martwimy się o pieniądze niż o własne dzieci? Mam nadzieję, że nie i że mamy tu do czynienia z jakimś dziwnym społecznym dysonansem, który pozwala na nierówne traktowanie tych dwóch grup zawodowych.

Podobne porównanie można utworzyć między edukacją seksualną a “podstawami przedsiębiorczości”. Często słyszymy, że przedsiębiorczości, czy finansów powinno się uczyć od najmłodszych lat, żeby dzieci mogły sobie poradzić w świecie, gdzie bycie przedsiębiorczym to “gwarancja sukcesu”. Bardzo chcemy wyposażyć dzieci w narzędzia, które pozwolą im na osiągnięcie sukcesu, zdobycie pozycji, czy kolokwialnie mówiąc “zarobieniu kupy hajsów”. Zależy nam na dzieciach, na ich przyszłości, ich szczęściu. Dlaczego więc, kiedy dochodzimy do rozwoju psychoseksualnego dziecka, mamy takie opory, żeby dostarczyć mu wiedzę na najwyższym możliwym poziomie? Przecież ucząc o ekonomii sięgamy przynajmniej do XX wiecznych ekonomistów, a nie średniowiecznych feudałów? Tymczasem wiedza o seksualności człowieka prezentowana w polskich szkołach jest, przyrównując, na takim poziomie jak ekonomia fabrykantów z “Ziemi Obiecanej”. Tym bardziej tego nie rozumiem, że edukacja seksualna, pomijając już fakt, że tworzy osobę świadomą, potrafiącą czerpać radość z życia, wyposaża dzieci w narzędzia, którymi będzie mogło się obronić przed pedofilem, a w późniejszym wieku przed niechcianym seksem i niepożądaną ciążą.
Często w takim wypadku podnoszony jest argument, że to na rodzicach spoczywa odpowiedzialność za seksualne wychowanie swoich dzieci. Że to oni, bez ingerencji szkoły powinni się tym zająć tak, żeby móc przekazać wiedzę zgodna ze swoimi przekonaniami. Nie rozumiem, dlaczego w tak ważnej sferze nie posiłkują się wsparciem profesjonalistów i profesjonalistek.

Jak to się stało, że w naszej grupowej, społecznej mądrości stwierdziłyśmy, że tak ważna sfera jak edukacja może być nisko opłacana, a w przypadku edukacji seksualnej prowadzona przez amatorów i dyletantów? Nie jest to wynik ogólnej ignorancji, bo w innych sferach życia potrafimy zapłacić niemałe pieniądze za wsparcie profesjonalistów i profesjonalistek. To dokładnie edukacja, ochrona zdrowia i inne usługi publiczne trafiły na listę zadań, których dostarczenie na wysokim poziomie nie uznajemy za priorytet. A powinniśmy.

 

Korekta D.K.

Ale w ogóle dlaczego?

Decyzja o odejściu z Razem nie była łatwa, ale ostatnie miesiące w partii nie pozostawiały złudzenia: to był krok niezbędny, żeby dalej móc uprawiać politykę według przejrzystych i uczciwych reguł. Niezbędny również, żeby zachować minimum wpływu na polską politykę i na istnienie w niej lewicowego głosu.

Oczywiście ostatecznym czynnikiem, który zaważył na tej decyzji była rezygnacja Agnieszki Dziemianowicz-Bąk. Dla mnie to ona uosabiała razemowe ideały, a jej odejście łączyło się z końcem pewnej ery w partii. Agnieszka wstąpiła do Razem już po wyborach w 2015 roku i ciężką, często przekraczającą siły pracą wyrobiła sobie pozycję w partii. Pamiętam, kiedy zapisywała się do Razem w naszym wrocławskim okręgu, jak na początku pracowała w Radzie Okręgu, by przy wyborach uzupełniających do Zarządu Krajowego wziąć go szturmem z bardzo dobrym wynikiem. Kolejne wybory i kolejne wyniki – Agnieszka zawsze dostawała się do ZK z najwyższą liczbą głosu – a także wyniki głosowania nad absolutorium dla jej pracy w Zarządzie Krajowym potwierdzały, że Agnieszka była najlepszą polityczką w Razem. Zewnętrznie potwierdzało to jej zaangażowanie w budowę Europejskiej Wiosny, koalicji lewicowych partii z całej Europy startujących do wyborów do Parlamentu Europejskiego ze wspólnym programem i wspólnymi celami. Agnieszka była, razem z Lorenco Marsylii z DiEM25, współprzewodniczącą całego ruchu i jego filarem. To, że kierownictwo Partii Razem doprowadziło do sytuacji, w której najlepsza jej polityczka rezygnuje z członkostwa, jest wyraźnym sygnałem, jak źle się w partii dzieje. Dla mnie osobiście robienie polityki bez Agnieszki zupełnie straciło sens.

Brak konsekwencji w działaniu i utracony kontakt z rzeczywistością kierownictwa partii też pomogły podjąć tę decyzję. Razem powstało z zamiarem stworzenia partii masowej, opartej o ruch pracowniczy organizujący się wokół walki o swoje prawa. To z różnych powodów się nie powiodło i partia przyjęła sposób działania partii kadrowej, opartej na działalności swoich aktywistów i aktywistek. Oczywiście nigdy oficjalnie taki ruch nie został zatwierdzony, ale jeśli spojrzymy na strukturę partii, na to ile osób zostało w partii zatrudnionych, można stwierdzić, że partia niemal naturalnie przeszła do funkcjonowania jako kadrowa. Dla partii kadrowej istotne jest, aby mieć swoich reprezentantów i reprezentantki w ciałach wybieralnych (Parlament Europejski, Parlament krajowy, sejmiki, rady miejskie). W przygotowaniach do wyborów do Parlamentu Europejskiego zabrakło refleksji, że staliśmy się partią kadrową i powinniśmy dostosować nasze działania do realiów. Tymczasem partyjny aktyw, prowadzony przez część Zarządu Krajowego dalej żył w przekonaniu, że mamy na tyle siły przebicia, środków, ludzi, że przeciągniemy na swoją stronę pracowników i pracowniczki i że to oni na nas zagłosują w nadchodzących wyborach. Możliwe, że to się uda. Może faktycznie skuteczna kampania wyborcza przyciągnie do nas tych wyborców, ale dla mnie jest to zbyt duże ryzyko. W tej chwili ZK stawia na szali istnienie partii (bez finansowania z budżetu po jesiennych wyborach Razem w obecnej formie przestanie istnieć) w oparciu o własne przeczucia, a nie realne przesłanki. Choć jestem z Razem związany, zarówno ideowo, jak i emocjonalnie od samego początku, to nie poświęcę kolejnego pół roku swojej pracy i zaangażowania bazując na czyichś przeczuciach. Zwłaszcza, że moje są zupełnie inne. Nie wierzę, że obecnie zawiązywana koalicja pozwoli nam przetrwać po jesiennych wyborach.  

Jednak to, co skłoniło mnie do rozważania takiej opcji jak odejście z Razem, było to, w jaki sposób centrala traktowała mój macierzysty Okręg Wrocławski. We Wrocławiu zgadzaliśmy się co do tego, że nawet największe ideały pozostaną teorią, jeśli nie będzie komu ich realizować. Dlatego tak ważne było dla nas wprowadzenie osób do Parlamentu Europejskiego w nadchodzących wyborach. Te osoby mogłyby pilnować wprowadzania lewicowych postulatów oraz zapewniać partii ekspozycję medialną, która obecnie jest niezbędna do dalszej działalności.Żeby to osiągnąć podjęliśmy szereg działań na różnych partyjnych płaszczyznach, żeby przybliżyć realizację przyjętego celu. Jako Zarząd Okręgu podjęłyśmy odpowiednią uchwałę, w której streściłyśmy nasze dążenia. Jako członkowie i członkinie okręgu występowałyśmy na posiedzeniach Rady Krajowej przedstawiając nasze racje. Aktywnie uczestniczyliśmy w dyskusji na wewnętrznym, internetowym forum przekonując do naszego pomysłu. Żyłyśmy w przeświadczeniu, że skoro jesteśmy drugim największym okręgiem w kraju, a do tego najbardziej aktywnym, to nasz głos na forum partyjnym będzie słyszalny, poddany głębszej analizie i przedyskutowany. Niestety myliłyśmy się. Kierownictwo partii nie podjęło wysiłku polemizowania z naszymi pomysłami, ale kanałami niedostępnymi dla szeregowych członków i członkiń (jak wizyty w innych okręgach) dezawuowało nasze racje. Opcja, którą proponowałyśmy, była zawsze przedstawiana w czarnych barwach, o ile przedstawiano ją w ogóle – po czasie dowiedziałyśmy się, że inne okręgi nawet nie słyszały o szczegółach, które nam wydawały się oczywiste. To nie była dyskusja do jakiej byłyśmy przyzwyczajone w Razem. Z naszej perspektywy było to przepychanie kolanem konkretnej, wcześniej przyjętej agendy bez względu na wewnętrzne koszty. Tym kosztem okazało się być istnienie Okręgu Wrocławskiego.
Bardzo istotnym czynnikiem w tej sytuacji było to, że bardzo często mówiłyśmy, że do takiej sytuacji (odejście 30 najaktywniejszych osób z okręgu) może dojść. Ostrzegałyśmy przed takim scenariuszem, jednak nikomu z kierownictwa partii nie przyszło do głowy, żeby sytuację załagodzić. Nikt z Zarządu Krajowego, aż do dnia po odejściu ADB, nie pofatygował się do Wrocławia, żeby starać się zminimalizować negatywne skutki narastającego konfliktu albo zwyczajnie po ludzku próbować podjąć dyskusję. Poczułyśmy się spisane na stratę w imię nie wyartykułowanego celu.

W Razem zostawiłem kawał serca, siły i zdrowia. Do samego końca wierzyłem, że Inna polityka jest możliwa i że siła argumentu jest większa niż prywatna agenda członków i członkiń kierownictwa partii. Wierzyłem, że jeżeli będziemy ciężko pracowały ‘na dole” to góra będzie nas słuchała – zwłaszcza w organizacji, która chlubiła się tym, że nie ma lidera. Dziś z żalem muszę stwierdzić, że się myliłem. Dalsze wiązanie swojej aktywistycznej przyszłości z Razem przestało mieć sens. Brakuje już w tej organizacji dla mnie miejsca.
Całe szczęście mój wysiłek nie pójdzie na marne, bo Razem staje się w tej chwili tylko pierwszym krokiem w odbudowie polskiej lewicy. Bogatsi i bogatsze o 4 letnie doświadczenia jesteśmy gotowe do tego, żeby podejmować ten trud na innym polu. W tej chwili osoby, które odeszły z wrocławskiego Razem, pozostają w kontakcie i zastanawiamy się w jaki sposób wykorzystać zdobyte umiejętności, doświadczenie i kontakty, żeby zapewnić realizację lewicowych postulatów w naszym kraju.

It’s not rocket science!

Dziś jest Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Dziś jest też dzień, w którym naczelny polski antysemita razem z nacjonalistami manifestowali w Oświęcimiu z hasłem „Czas walczyć z żydostwem”. Jeżeli to nas nie obudzi, to już prawdopodobnie nic tego nie zrobi.

Sięgnęliśmy dna. Jako społeczeństwo, państwo prawa, ofiary tej samej ideologii, która doprowadziła do tragedii, którą dziś wspominamy. Dobiłyśmy do dna i zaczynamy kopać głębiej. Dzisiejszy dzień pokazał, że wszystkie „pasy bezpieczeństwa”, jakie miałyśmy, nie działają. Wszystkie mechanizmy, które miały nas uchronić przed powtórką z przeszłości, nie uruchomiły się. Jedziemy prosto w otchłań autorytaryzmu, faszyzmu, rasizmu i innych -izmów, które będą za chwilę wsadzały do obozów ludzi, którzy nie pasują do jakiegoś fantazmatu nakreślonego przez ludzi zaślepionych własną frustracją. Już za rogiem czają się rządy faszystów (co już się dzieje w Brazylii), rasistów (co już się dzieje w USA), homofobów (co już się dzieje w Czeczenii) i osób nienawidzących kobiet (co już się dzieje u nas). Możliwe, że już przekroczyłyśmy Rubikon i nie pozostaje nam nic innego, jak tylko obserwować, jak świat się kończy i czekać kiedy przyjdą po nas.

Ale jeżeli nie, jeżeli jest jeszcze choć cień szansy na odwrócenie tego trendu, to już teraz jest czas na radykalne działania. Ciepła woda w kranie i inne półśrodki już nie wystarczą.

Należy w końcu ludzi uczynić odpowiedzialnymi za swoje pełne nienawiści słowa. Nie zezwalać na demonstracje, jeżeli ich organizatorzy używali wcześniej języka nienawiści. Tropić, sądzić i karać osoby, które jawnie nawołują do dyskryminacji w internecie: mamy do tego wszelkie potrzebne narzędzia, potrafimy wytropić wpis każdej osoby, a część z nich robi to publicznie, pod własnym nazwiskiem. Prowadzić mocną moderację komentarzy pod artykułami i na forach internetowych. Nie dopuszczać do rozlewania się rasizmu, homofobii i mizoginii w internecie. Obawiacie się o „wolność słowa”? A czy naprawdę ona teraz istnieje? Naprawdę mamy pluralizm wygłaszanych opinii, czy już tylko skrajnie prawicowy ściek? Weźmy się w końcu za porządki, bo nasza przestrzeń publiczna przypomina bardziej śmietnisko niż forum wymiany myśli.

Ale to tylko pierwszy krok. Musimy pójść dalej. Musimy w końcu przestać oszczędzać na edukacji i ochronie zdrowia. To od tych dwóch czynników zależy, czy członkowie i członkinie naszej społeczności będą podatne na faszystowskie treści. Będą też mniej na nie podatne, jeżeli będą miały gdzie mieszkać i wypłata pozwoli przynajmniej dociągnąć do pierwszego. Musimy w końcu zobaczyć, że sposób, w jaki prowadzimy naszą gospodarkę, służy niewielkiemu procentowi, a resztę wpycha w nędzę i frustrację – dwa największe źródła popularności faszystowskich treści.

I oczywiście, że edukacja, ochrona zdrowia, programy mieszkaniowe, zabezpieczenia socjalne są kosztogenne, ale ponoć od wielu lat nasze gospodarki rosną, ludzie się bogacą, PKB per capita jest coraz większe. Gdzieś te pieniądze są. Czy są one u tych, którzy „srają na wydmach za 500+”, tych, którzy „żyją z zasiłków płodząc kolejne dzieci”? Nie! Są u tych 26 osób, które mają więcej niż połowa ludzkości. Może w końcu przestańmy się oszukiwać, że „wolny rynek”, płaskie podatki i deregulacja spowodują, że nam też coś skapnie? Potrzeba nam progresji podatkowej z wysoką stawką dla astronomicznych dochodów. Potrzeba nam podatków spadkowych i majątkowych. Potrzeba nam ujednolicenia podatków korporacyjnych w Unii, żeby skończyć z rajami podatkowymi na naszym kontynencie. Potrzeba nam uregulowania i opodatkowania rynków finansowych, bo coraz częściej wyglądają jak zabawki dla dużych chłopców, a nie sposób inwestowania kapitału. I proszę! Znajdą się środki na porządną, wolną od prawicowej i kościelnej indoktrynacji szkołę. Znajdą się środki na ochronę zdrowia bez lekarzy bez sumienia. Znajdą się środki na mieszkania nie drenujące naszych budżetów i robiących z nas niewolników. Znajdą się środki na walkę z wykluczeniem, które wprost prowadzi do wzrostu nastrojów nacjonalistycznych, faszystowskich i całej reszty “idei” sprowadzających nas na skraj przepaści.

Wielkim oburzonym obrońcom „aspirującej klasy średniej” chciałbym tu przypomnieć, że powyższe podatki was nie dotkną, bo jeszcze dostatecznie nie „wyaspirowaliście”. Ponadto klasa średnia, w związku ze swoim modelem rodziny (2+1, maks 2+2) jest w stanie się odtwarzać tylko i wyłącznie poprzez zapewnienie ciągłego awansu społecznego z klas niższych. Powyższe rozwiązania są w waszym interesie.

Wszystkie powyższe spostrzeżenia pochodzą z codziennych obserwacji świata. Nie potrzeba do nich akademickiej wiedzy, czy głębokiej intelektualnej analizy. Wystarczy zdrowy rozsądek. Jeżeli ja jestem w stanie do takich wniosków dojść, ale większa część naszej klasy politycznej nie, to naprawdę wątpię w jej intelektualne możliwości i drżę o naszą przyszłość pod jej przewodnictwem.

 

 

Korekta: Paweł Laskoś-Grabowski

Akcesja, czy kolonizacja?

Obecne wydarzenia na Węgrzech pokazują z jednej strony, że społeczeństwo może znieść reżim tylko do pewnego poziomu, a z drugiej, w jaki sposób kraje Europy Środkowej i Wschodniej (Central and East Europe – CEE) traktowane są przez „starą Unię”. Jak na dłoni widać, że prawo podnoszące limit nadliczbowych godzin z 250 do 400 oraz wydłużające okres ich rozliczenia do trzech lat (!) pisane jest pod zachodnie koncerny.

W ciągu ostatnich miesięcy brałem udział w kilku spotkaniach organizacji i partii lewicowych z krajów CEE. W Berlinie na zaproszenie Rosa-Luxemburg-Stiftung, w Tbilisi na zaproszenie Solidarity Network i w Pradze na spotkaniu European Left. Z każdego z tych spotkań wyjeżdżałem z nieodpartym wrażeniem, że Unia Europejska nie spełnia oczekiwań naszego regionu. Były to zarówno osobiste opowieści, jak i twarde dane na to, że kraje CEE nie są traktowane w Unii po partnersku.

Od kolegów i koleżanek z Węgier i Rumunii słyszałem o wyzysku pracowników przez zachodnie korporacje. O kiepskich warunkach pracy w call centers zlokalizowanych w tych krajach. O traktowaniu pracowników i pracowniczek z naszego regionu jak taniej siły roboczej. O blokowaniu inwestycji, które mogłyby wyciągnąć nas z pułapki średniego wzrostu.

Jednak dysproporcje w traktowaniu krajów CEE dobitnie pokazuje podejście do chińskich inwestycji w Europie (pomijam fakt, czy współpraca z Chinami jest w ogóle dobrym pomysłem). Nasz region krytykowany jest za współpracę z Chinami w ramach programu „Platforma 16+1”, podczas gdy „stara Europa” szeroko korzysta z chińskich pieniędzy.  Sytuację dobrze obrazuje też to, jaki procent chińskich inwestycji lokowany jest w krajach CEE. Jak pokazywały podczas swojej prezentacji osoby z Bułgarii, jest to niewiele ponad 2%.

Nie da się nie zadać pytania o charakter naszego, ale także pozostałych krajów CEE, członkostwa w Unii Europejskiej. Osoby z naszego regionu o lewicowych poglądach często mówią wprost, że w 2004 roku nie przystąpiliśmy do Unii Europejskiej, ale zostaliśmy przez nią skolonizowani. Pytanie jest tym bardziej zasadne w perspektywie nadchodzących wyborów do europarlamentu. Jeżeli organizacje proeuropejskie nie usłyszą tego głosu, zostanie on zagospodarowany przez eurosceptyków i/lub nacjonalistów. Niezadowolenie z działań UE nie wynika z zaściankowości, czy z faktu nie bycia Europejczykiem czy Europejką. Obywatele i obywatelki krajów Europy Środkowej i Wschodniej odczuwają na co dzień, że są obywatelami drugiej kategorii. Zarówno w traktowaniu nas przez zachodnie koncerny w swoich krajach (przypomnijmy, że rzadko który płaci w Polsce podatki), jak i  podczas emigracji zarobkowej do krajów „starej Unii”. Często odczucie to pozostaje jednak nienazwane, a czasami wręcz nieuświadomione. Ważne jest, abyśmy idąc do wyborów europejskich potrafili je zauważyć, nazwać i przedstawić konkretne propozycje w celu ich rozwiązania. Takie postulaty, jak europejska płaca minimalna czy europejska dywidenda obywatelska mogą przyczynić się do rozpoczęcia dyskusji o nierównościach wewnątrz Unii Europejskiej.

Korekta: D.K.

Róbmy Politykę miejską!

Polityka mieszkaniowa, transportowa, równościowa oraz walka o czyste powietrze powinny być priorytetami na najbliższe lata we Wrocławiu. Bez takich filarów będziemy miały dalej miasto na pasku biznesu, duszne, zakorkowane, a do tego ksenofobiczne i rasistowskie. Poniżej — w wielkim skrócie — opisuję, jak do tych tematów podejść, jak wybrnąć z obecnej wrocławskiej niemocy. Zmiana nadchodzi.

Polityka mieszkaniowa
Żeby zacząć mówić o polityce mieszkaniowej (czy jej braku) we Wrocławiu, musimy odpowiedzieć sobie na pytania: „czyje jest miasto?”,  „do kogo należy?”. Naturalną odpowiedzią jest: “Do mieszkańców”. Posługując się banałem„mieszkańcy muszą mieć gdzie mieszkać” dojdziemy do momentu, w którym odpowiedź na kolejne pytanie — „czy miasto powinno budować mieszkania?” — wydaje się jasna. Jeżeli miasto ma służyć mieszkańcom i mieszkankom, a nie wyobrażam sobie tego w drugą stronę, to musi wziąć na siebie przynajmniej część obowiązków związanych z zaspokajaniem potrzeb mieszkaniowych swoich obywateli i obywatelek.
Miasto ma więcej instrumentów niż miejscy politycy są w stanie przyznać. Przede wszystkim może budować samodzielnie. Korzystając z niskooprocentowanych kredytów z Europejskiego Banku Inwestycyjnego lub Banku Gospodarstwa Krajowego może powiększać własny zasób komunalny (czyli liczbę mieszkań będących własnością miasta). Przy tak zrealizowanych inwestycjach lokator, w trakcie wynajmu nie dochodzi do własności lokalu, więc miasto nie rozdaje mieszkań (co jest częstym zarzutem ze strony liberałów), ale zapewnia dach nad głową swoim obywatel(k)om. Innym instrumentem może być partnerstwo publiczno-prywatne. W takim modelu miasto może przekazywać działki (lub uczestniczyć w kosztach budowy w inny sposób) deweloperom pod budowę w zamian za przekazanie do zasobu komunalnego jakiegoś procentu mieszkań. Takie działanie przeciwdziała również  zamykaniu grup społecznych we własnym gronie, czyli gettoizacji. Podobnie można budować mieszkania, w partnerstwie, gdzie miasto uzyskuje wpływ na wysokość czynszu.
Samo budowanie to oczywiście nie koniec polityki mieszkaniowej. Zostaje jeszcze dbanie o majątek, który obecnie jest w rękach miasta. Trzeba przede wszystkim zatrzymać wyprzedaż lokali oraz budynków pozostających własnością miasta. Należy też o niego zadbać, ale w inny sposób niż dotychczas. Remontujmy całe budynki, nie tylko fasady, a tam, gdzie będzie to uzasadnione, remontujmy także same mieszkania, podnosząc ich standard. Jeżeli w wyniku takich działań wzrosną koszty utrzymania mieszkania (wyższy standard — wyższy czynsz), miasto powinno wprowadzić dodatki mieszkaniowe, które tę różnicę zniwelują.

Polityka transportowa
O polityce transportowej mówią i piszą wszyscy. Jest ona priorytetem wielu programów politycznych. Z mojej perspektywy są to jednak plany szczątkowe. Linia tramwajowa tu, ścieżka rowerowa tam, kładka lub przejście dla pieszych jeszcze gdzie indziej. Kiedy myślę o polityce transportowej Wrocławia, mam na myśli całkowitą zmianę przyzwyczajeń wrocławian w zakresie poruszania się po mieście oraz zmianę postrzegania transportu przez miejskich polityków, polityczki, urzędników i urzędniczki. Niby wszyscy i wszystkie wiemy, że Wrocław nie jest w stanie zmieścić więcej prywatnych samochodów na swoich ulicach (także parkingach, chodnikach, trawnikach, parkach), ale nie widzę nigdzie wokoło siebie woli zmiany takiego stanu rzeczy.
Wprowadzenie Wizji Zero może to zmienić. Priorytetem jest oczywiście poprawa bezpieczeństwa na ulicach miasta, ale poprzez realizację założeń polityki (m.in. uspokojenie ruchu samochodowego) wpływamy na długofalowe procesy zmiany przyzwyczajeń mieszkańców i mieszkanek miasta. Oczywiście trzeba zaproponować realną alternatywę. Najlepszym rozwiązaniem jest transport publiczny. Połączenie sieci linii tramwajowych (rozwijanej i utrzymywanej w odpowiednim stanie), siatki połączeń autobusowych oraz kolei miejskiej z wygodnymi stacjami przesiadkowymi, punktualnymi odjazdami oraz funkcjonalnymi wiatami na przystankach na pewno przekona przynajmniej część użytkowników samochodów, że można po mieście przemieszczać się szybciej i sprawniej.
To, do czego wrocławianie mogliby się dać przekonać, przy odpowiednim wysiłku miasta to zamienienie samochodu na rower. Wrocław jest miastem w miarę płaskim, a do tego najcieplejszym w Polsce. To są idealne warunki do podróżowania po mieście rowerem. Jeżeli miasto zadba o odpowiednią infrastrukturę, może stanowić to początek prawdziwej zmiany. Potrzebne są nie tylko ścieżki rowerowe, choć to podstawa, ale także bezpieczne parkingi (zwłaszcza przy węzłach przesiadkowych), czy wypożyczalnie rowerów miejskich wyposażone w rowery cargo oraz do przewozu dzieci. Osobiście poruszam się rowerem po mieście (całorocznie) od trzech lat. Brak korków, czekania na przystankach, a przede wszystkim wielka swoboda w planowaniu podróży (rower wjedzie prawie wszędzie) powodują, że nie chce się już wracać do poprzednich metod.

Czyste powietrze
Oczywiście o smogu także mówią wszyscy, ale zapominają o jednej bardzo istotnej rzeczy. Największą część smogu we Wrocławiu produkuje tzw. niska emisja, czyli ogrzewanie mieszkań stałymi paliwami, często o niskiej jakości. Żeby temu przeciwdziałać nie wystarczy program subsydiowania wymiany pieców, czy nawet dopłaty do ogrzewania przy zwiększonych kosztach. Miasto musi wprost wziąć na siebie odpowiedzialność, za to, żeby “kopciuchów” w mieście było jak najmniej. Droga do tego jest tylko jedna. Przede wszystkim inwentaryzacja starych pieców. Miasto w tej chwili nie wie, ile faktycznie pieców zatruwa nasze powietrze. Następnie przejęcie na siebie procesu wymiany pieców. Nie mówimy tu tylko o tych piecach, do wymiany których mieszkańcy i mieszkanki sami i same się zgłaszają, ale o podjęciu działań (planowanie, zlecanie, a w uzasadnionych przypadkach także 100% finansowanie) wobec tych, których właściciele, z różnych powodów do wymiany nie zgłosili.
Tylko w ten sposób, przejmując całkowitą odpowiedzialność za akcję wymiany pieców realnie poradzimy sobie z problemem.

Polityka równościowa (last, but most certain not least)
Na którymś spotkaniu negocjacyjnym usłyszałyśmy od ruchów miejskich, że tzw. “sprawy światopoglądowe” (w tym np. miejski program in vitro) nie przynależą do polityki miejskiej i jako ewentualny komitet nie powinnyśmy się nim zajmować. Nie mogli się bardziej mylić. Miasto ma wiele narzędzi do promowania równości i różnorodności i powinno z nich korzystać.
Pierwszym bardzo kompleksowym rozwiązaniem jest Karta Równości Kobiet i Mężczyzn w Życiu Lokalnym. Należałoby ją przyjąć jak najszybciej. Dokument jest tak obszerny, że pokrywa swoim zakresem całość działań lokalnych promujących równość ze względu na płeć. Znajdziemy tam działania zarówno promujące wybór “niestandardowych ścieżek edukacji i kariery”, działania obejmujące rozwiązywanie problemów mieszkaniowych, zdrowotnych czy transportowych w odniesieniu do płci.
To co miasto może zrobić, a czego nie robi, na co pozostaje ślepe i głuche, to monitorowanie zjawiska dyskryminacji w mieście. W tej chwili nawet nie wiemy do ilu działań dyskryminacyjnych dochodzi. Nie zbieramy danych, nie analizujemy, nie wyciągamy wniosków. Ponadto miasto może wprowadzać szkolenia antydyskryminacyjne dla swoich pracowników i pracowniczek. Może zadbać, o to, żeby wszystkie osoby pracujące w jakiejkolwiek formie dla miasta, wiedziały, które zachowania są dyskryminujące, same nie dyskryminowały i potrafiły na dyskryminację zareagować. W ten sposób miasto może stać się przykładem do naśladowania w jaki sposób sprawić, by nikt, bez względu na płeć, przynależność etniczną, wyznanie (lub brak), czy orientację seksualną nie czuł się w miejskim otoczeniu źle.

Widziałbym Wrocław jako miasto otwarte, nie bojące się wyzwań i przejmujące odpowiedzialność za los swoich obywateli i obywatelek. Jeżeli mamy wybierać przedstawicieli i przedstawicielki, które chowają głowę w piasek, żeby tylko nie powiedzieć nic kontrowersyjnego, to może lepiej napisać dobre algorytmy do zarządzania transportem, usprawniające pracę urzędników i urzędniczek, wyprzedające z automatu miejskie mienie. Jeżeli chcemy dyskusji o mieście, jego roli, zakresie odpowiedzialności, to wybierzmy osoby, które nie boją się zabrać głosu i stać przy swoim zdaniu. Zacznijmy w końcu uprawiać miejską Politykę na serio.

 

Korekta: Agata Kreska, Filip Chudy

Europejska Wiosna, czyli jak się robi demokrację vol.5

ew

Chciałbym wam opowiedzieć o Europejskiej Wiośnie, ale nie chcę powtarzać tego, co można przeczytać na naszej stronie. Chciałbym za to opisać, jak wyglądał proces przygotowań od kuchni. Przynajmniej tę część, nad którą pracowałem osobiście.

Od ponad pół roku pracuję w sekretariacie ds. międzynarodowych przy Zarządzie Krajowym. Moja przygoda z tym ciałem zaczęła się od udziału w spotkaniu „Progresywna sieć Polska-Niemcy”. Żeby być na bieżąco ze sprawami międzynarodowymi, dołączyłem do tego sekretariatu. W międzyczasie udało mi się (z ramienia okręgu wrocławskiego, ale przy wsparciu sekretariatu) wyjechać na warsztaty miejskie do Berlina organizowane przez Rosa-Luxemburg-Stiftung i brać udział w przygotowaniach naszych członkiń i członków na wyjazdy zagraniczne. Pracuję też w części administracyjnej porządkując i archiwizując sprawozdania ze spotkań z partnerami międzynarodowymi.

Kiedy Razem było na finiszu europejskich rozmów koalicyjnych, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk (prowadząca prace sekretariatu) wyszła z pomysłem, żeby z tej okazji zrobić wydarzenie, na którym zaprezentujemy organizacje wchodzące w skład koalicji oraz program na wybory europejskie. Na początku zawiązał się skromny, trzyosobowy (ADB, Zofia Malisz z Razem Szwecja i ja) zespół, który zaczął prace nad zorganizowaniem takiego wydarzenia. Po wstępnym opracowaniu budżetu okazało się, że nie będzie nas stać na zorganizowanie osobnej konferencji, więc postanowiłyśmy spróbować połączyć ją z Kongresem Razem, który wypadał w czerwcu. Wszystkie osoby i ciała zaangażowane w organizację Kongresu wyraziły zgodę na takie połączenie.

Od tego momentu zaczęły się prace koncepcyjne. Pracowałyśmy (tak jak się odbywa większość prac w partii) o w oparciu o komunikator Slack, a także Hangouts, żeby móc porozmawiać „na żywo”. W trakcie prac ustaliłyśmy, że podzielimy wydarzenie na dwie części. Pierwszą, promującą program, z wystąpieniami przedstawicieli_ek wszystkich uczestniczek koalicji, i drugą,  debatę, na której zostanie poruszony któryś z punktów programu. W trakcie prac zdecydowałyśmy jednak, że debata będzie traktowała o polityce miejskiej szeroko zahaczając o idee municypalizmu. Nie mogę powiedzieć, żebym nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy, bo pomysł z debatą miejską był mój. 🙂

Kiedy miałem już swoją działkę do zrobienia, trochę odsunąłem się od organizowania całego wydarzenia (choć dalej byłem odpowiedzialny m.in. za załatwienie tłumaczenia) i skupiłem się na zorganizowaniu panelu miejskiego. Roboczo nazwa miała brzmieć „Progresywne miasta Europy”, ale w końcu stanęło na „Otwarte miasta Europy” inspirowane pomysłem na nazwę komitetu wyborczego we Wrocławiu (autorstwa D.K.). Spośród osób, które rozważałyśmy jako uczestniczki panelu, udało nam się zaprosić: Tomislava Tomaševicia z chorwackiego ruchu miejskiego Zagreb je Naš!, który obecnie ma 4 radnych w radzie miejskiej Zagrzebia, Tomislav był też kandydatem na prezydenta miasta; Jana Śpiewaka z Wolnego Miasta Warszawa, partnera koalicyjnego Razem w Warszawie, prawdopodobnego kandydata na prezydenta Warszawy; Darię Gosek-Popiołek z Razem Kraków, także prawdopodobną kandydatkę na prezydentkę Krakowa oraz Michała Pytlika z Razem Opole, polityka i aktywistę, który m.in. brał udział w proteście głodowym przeciwko powiększeniu Opola. Mając potwierdzenia od uczestniczek panelu przeszłyśmy do opracowywania scenariusza. Skontaktowałem się ze wszystkimi uczestniczkami i wypytałem je o ich ulubione miejskie tematy lub zakres polityki miejskiej, który trzeba na takiej debacie poruszyć. Z tych rozmów narodził się pomysł, by podzielić panel na trzy części: otwartość na obywateli i obywatelki (partycypacja), otwartość na różnorodność (prawa LGBT+ oraz prawa kobiet) oraz otwartość na inność (migranci, migrantki i uchodźcy, uchodźczynie).

Debatę zdecydowała się poprowadzić Magda Owczarek, rzeczniczka prasowa okręgu wrocławskiego. Z nią przystąpiłyśmy do opracowania szczegółowego planu debaty. Wymyśliłyśmy mnóstwo pytań, które można stawiać w trakcie takiej dyskusji, mimo że wiedziałyśmy, że większości z nich nie uda się zadać. Chodziło nam o to, żeby zakres dyskusji mieć na tyle szeroki, żeby móc reagować na dynamikę rozmowy odpowiednimi pytaniami. Szczegółowy plan możecie obejrzeć tutaj.

Podczas samego wydarzenia pilnowałem organizacji tłumaczenia symultanicznego oraz odpowiadałem za relację wydarzenia na Twitterze przez nasze konto Razem International, którym na co dzień się opiekuję. Tu z pomocą przyszła mi Zofia Malisz, która zgłosiła się do tweetowania na żywo, a mi zostało lajkowanie i podawanie dalej wpisów z kont innych organizacji, które brały udział w wydarzeniu (m.in. DiEM25). Pierwsza część wydarzenia upłynęła nam więc na wlepianiu wzroku w komórki i laptopy, by jak najwięcej osób na Twitterze mogło się o naszej inicjatywie dowiedzieć. Możecie ocenić jak nam to wyszło, przeszukując tweety z hashtagami #EuropejskaWiosna, #EuropeanSpring i #HopeIsBack. Mogę na szybko się pochwalić, że w ciągu soboty przybyło nam dzięki temu ponad 70 followerów.

Kiedy rozpoczęła się debata „Otwarte miasta Europy”, kiedy wszyscy goście i gościni zasiedli na scenie na kanapach (sic!), oznaczało to dla mnie koniec faktycznej pracy. Od tej chwili wszystko było w rękach Magdy. Tematy, które zdecydowałyśmy się poruszyć, były na tyle interesujące i miały tak dużo przykładów z życia miast, że udało nam się przerobić zaledwie ⅓ z zaplanowanego scenariusza. Tym niemniej, dyskusja była bardzo ciekawa, a wypowiedzi panelistów i panelistek często przerywały brawa. Okazało się, że główne problemy miast, jak choćby zabetonowanie towarzysko-biznesowo układu są dla nich wspólne, bez względu na wielkość czy położenie geograficzne. Konkluzja panelu była jednak optymistyczna. Widać było rodzące się siły, które są w stanie zmienić oblicze miast, a za nimi całej Europy.

Całe wydarzenie możemy uznać za sukces. Zadowoleni z niego byli nasi europejscy partnerzy i partnerki, którzy od tej pory będą inaczej patrzyli na naszą część Europy. Zadowolone były także delegatki i delegaci na Kongres Razem, którzy wzięli udział w niecodziennym wydarzeniu. Jako organizatorki możemy też być zadowolone, że udało nam się zorganizować wydarzenie, które jednocześnie było ważne i atrakcyjne. Jeżeli to był pierwszy krok do eurowyborów, to z nadzieją patrzę na ich wynik za rok.

Korekta: Paweł Laskoś-Grabowski