Wybory, wybory, wybory.

Zanim dojdziemy do wyborów samorządowych, europejskich czy parlamentarnych nas, wewnętrznie, czeka nasz własny maratonik. Już w ten weekend będziemy wybierali członków i członkinie władz krajowych. Prawie dwieście kandydatek i kandydatów ubiega się o miejsca w Zarządzie Krajowym, Radzie Krajowej, Krajowym Sądzie Koleżeńskim i Krajowej Komisji Rewizyjnej.

Wybory krajowe zostaną przeprowadzone w pełni elektronicznie. Każdy_a uprawniony_a do głosowania otrzyma maila z loginem i hasłem i przy użyciu internetowego portalu będzie mógł/mogła oddać głos. Samo głosowanie potrwa dwa dni (sobota i niedziela) a Partyjna Komisja Wyborcza poda oficjalne wyniki w poniedziałek. Dla osób, które nie czują się biegłe w technikach internetowych biura partyjne będą dyżurować w trakcie trwania wyborów. Będzie można przyjść i uzyskać pomoc w oddaniu głosu.

Na moim wrocławskim podwórku szykujemy się też do wyborów władz lokalnych. Na najbliższym Walnym Zebraniu Okręgu będziemy dyskutować o kształcie władz oraz liczebności organów. W chwili obecnej władze okręgu składają się z dziewięciorga członków i członkiń Zarządu Okręgu (ZO), ale mam osobistą nadzieję, że uda nam się powołać drugie statutowe ciało – Radę Okręgu (RO). Pozwoliłoby to na odciążenie ZO w sprawach programowych (ZO wchodzi w skład RO więc dalej miałby głos w tej sprawie) i pomogłoby w skupieniu się na planowaniu długoterminowym. W obecnej sytuacji, w mojej ocenie jesteśmy bardzo skupieni na tzw. „bieżączce”, czyli zajmujemy się sprawami w horyzoncie jedno-, dwu-miesięcznym. Chciałbym ten horyzont przesunąć do co najmniej pół roku, a najlepiej –  roku.

Zgłosiłem już swoją kandydaturę do RO i mam wielką nadzieję, że zostanę do niej wybrany. Po rocznej przerwie (od lipca 2015 do lipca 2016 zasiadałem w ZO) mam zamiar wrócić do działania we władzach okręgu. Tym razem jednak wybrałem Radę, żeby móc skupić się na pracy programowej. Chciałbym zająć się budownictwem mieszkaniowym, które we Wrocławiu, nie licząc deweloperki, leży odłogiem. Chciałbym, żeby Wrocław miał program mieszkaniowy, który choć trochę zbliży nas do dużych zachodnich miast, które bardzo aktywnie działają na tym polu.

Demokracja, nawet wewnątrzpartyjna nie jest łatwa. Wymaga zaangażowania od obecnych władz, kandydatów oraz wyborców. Ten post piszę w przerwie wertowania latarnika wyborczego, w którym wszyscy_tkie kandydaci_tki zamieszczają informacje o sobie, swoją wizji parti, państwa, społeczeństwa. Jest to prawie dwieście stron tekstu. Jeżeli którakolwiek ze stron nie zaangażuje się w pełni – demokracja nie zadziała. Bardzo dobrze widzimy, jakie skutki ma traktowanie wyborów „po macoszemu” na przykładzie naszego kraju. Przy tak niskiej frekwencji do władz dostają się ludzie, którzy zamiast dbać o interes całego społeczeństwa zajmują się napychaniem kieszeni kolegów „byznesmenów” lub walką z wyimaginowanym wrogiem narodu.

Jak się robi demokrację vol.3.

konres 2

Mamy za sobą kongres. W ciągu dwóch dnie przedyskutowaliśmy i przyjęliśmy bądź odrzuciliśmy prawie 90 poprawek do statutu. Niektóre wywoływały burzliwe dyskusje (jak zmiany w strukturze partii na poziomie wojewódzkim) a niektóre przyjmowane były praktycznie jednogłośnie (jak zmiany w Partyjnej Komisji Wyborczej). Do najważniejszych zmian zaliczyłbym uchwalenie kongresu delegackiego jako domyślnego nad kongresem powszechnym. Jest to oznaka rozwoju struktur i konieczność dopuszczenie do głosu jak największej liczby punktów widzenia. Ważna były także zmiany w liczebności organów krajowych oraz umożliwienie przeprowadzania wyborów powszechnych do ciał okręgowych (do tej pory wybory odbywały się na Wlanych Zgromadzeniach Okręgu).

Dla mnie, osobiście ważna była poprawka przenosząca część kompetencji z Rady Okręgu to Zarządu Okręgu. Będąc wielkim zwolennikiem tworzenia polityki przez Radę (której nota bene we okręgu wrocławskim nie ma) i utrzymania Zarządu jako ciała administracyjnego przekonywałem do odrzucenia tej poprawki. Niestety moje argumentacja nie była przekonująca i poprawka przeszła.

ja na kongresie

Ponadto wysłuchaliśmy sprawozdania członków i członkiń Zarządu Krajowego oraz ciał statutowych (Rady Krajowej, Krajowej Komisji Rewizyjnej, Krajowego Sądu Koleżeńskiego, Komitetu Równościowego i Komitetu Dyscyplinarnego). Kongres udzielał także absolutorium poszczególnym członkom i członkiniom Zarządu Krajowego.

Całe dwa dni to była monotonna i żmudna praca, ale nie zamieniłbym tego na żadną inną „atrakcję”. Poczucie sprawstwa, współtworzenia a przede wszystkim wspaniałe poczucie wspólnoty są nie do zastąpienia. Te ponad dwieście osób, które zebrało się w tym miejscu i czasie odmówiło sobie jakiś weekendowych przyjemności po to, żeby wdrażanie lewicowych wartości w naszym społeczeństwie było w ogóle możliwe.

kongres

Czy nas stać na SSE?

Na ostatniej sesji Rady Miejskiej we Wrocławiu radni uchwalili rozszerzenie granic Specjalnej Strefy Ekonomicznej (SSE) na wniosek firmy Logitrans sp. z o.o. Oznacza to, że na kolejnym kawałku terenu należącego do miasta będzie można płacić obniżone podatki. Praktycznie cały zysk wypracowany przez tą firmę w tym miejscu zostanie w kieszeniach właścicieli.

SSE powstały w 1994 roku jako odpowiedź na gospodarczą zapaść naszego kraju. Miały stymulować regiony, gdzie w innym wypadku nikt by nie zainwestował. SSE miały także przeciwdziałać bezrobociu strukturalnemu. W pierwszym projekcie SSE miały działać 20 lat, ale w 2008 roku przedłużono ich trwanie do 2020 r. Takie rozwiązanie miało może sens w latach ’90 w Wałbrzychu, ale mamy rok 2017 i jedno z bogatszych polskich miast. Czy naprawdę duże europejskie miasto, dobrze skomunikowane z resztą Europy, z wysokiej klasy uczelniami, dobrze wykształconymi i doświadczonymi ludźmi musi uciekać się do bycia rajem podatkowym, żeby przyciągnąć inwestorów?

Już teraz sama tylko Wałbrzyska Specjalna Strefa Ekonomiczna działa w kilkunastu miejscach we Wrocławiu. Musimy w końcu zacząć zadawać sobie pytania o to, komu SSE tak naprawdę służą? Co z nich mają mieszkańcy Wrocławia? A może SSE to tylko zysk dla władz miasta, które mogą pochwalić się kolejnymi inwestycjami oraz korporacji, które mogą zarabiać bez odprowadzania podatków?

sse2

Można powiedzieć, że mieszkańcy korzystają, pracując w firmach na terenie SSE (sam w takiej pracuję) i otrzymują za to wynagrodzenie, ale czy to nie jest trochę mało? Czy nie podkładamy się, nie oddajemy pola bez walki? Czy naprawdę naszym jedynym atutem są niskie (brak) podatki i tania siła robocza? Czy to jest miasto, kraj, świat, w którym chcemy żyć? Świat, w którym dostajemy to, co spadnie z pańskiego stołu, przy którym biesiadują korporacje z władzami miasta/kraju. A może najwyższy czas wybrać do Rady Miejskiej, Sejmu, Parlamentu Europejskiego ludzi, którzy będą skłonni negocjować z korporacjami warunki ich działania. Europa jest jednym z niewielu naprawdę stabilnych miejsc na świecie do robienia interesów i jakoś nie widzę Google’a, Facebooka czy IBM-a przenoszących się do Ameryki Pd. czy na Bliski Wschód.

Zastanówmy się, drogie Wrocławianki i drodzy Wrocławianie, jakiego miasta chcemy? Może już czas zacząć zmieniać miasto z przyjaznego inwestorom na przyjazne mieszkańcom? Każda niezapłacona przez korporacje złotówka podatku to złotówka mniej na szkoły, przedszkola, żłobki, parki i ścieżki rowerowe. Czy nas stać na taką rozrzutność? Czy może najwyższy czas zacząć czerpać korzyści z naszych, wrocławskich atutów? Nie jesteśmy republiką bananową, nie jesteśmy prowincją. Najwyższy czas upomnieć się o swoje.

I jeszcze kartka z kalendarza: już w 2015 roku, przy okazji próby stworzenia SSE w samym centrum Wrocławia mówiliśmy głośno o patologiach związanych ze strefami.

sse

Jak się robi demokrację vol.2.

Wielkimi krokami zbliża się Kongres Statutowy Partii Razem. Już za dwa i pół tygodnia do Krakowa zjadą się delegatki i delegaci z całego kraju, żeby dyskutować o najważniejszym dokumencie opisujące relacje w naszej organizacji. Będziemy głosować poprawki do statutu, który przyjęliśmy na kongresie w zeszłym roku. Bogatsi o doświadczenia zeszłego roku już wiemy, które z przyjętych rozwiązań sprawdziły sie, które nie a które wystarczy poprawić.

Dziś zebraliśmy się we wrocławskim biurze Razem, żeby w gronie delegatów wybranych przez okręg porozmawiać o organizacyjnych jak i merytorycznych aspektach nadchodzącego kongresu.

deleg

Dokument z proponowanymi poprawkami ma dokładnie 100 stron, więc musieliśmy dosyć mocno się sprężyć, żeby w zaplanowane półtora godziny zdążyć choć pobieżnie je omówić. Ustaliliśmy, że nie będziemy wdawać się w spory o to, które rozwiązanie jest lepsze (na to będzie czas na samym kongresie), ale postaramy się dosyć obiektywnie je przedstawić, żebyśmy wszyscy_tkie wyszli ze spotkania z największą wiedzą. Dzięki temu każde z nas będzie w stanie wyrobić sobie swoją własną opinię.

Najwięcej emocji wzbudziły kwestie najbardziej dotykające naszej pracy we Wrocławiu czy na Dolnym Śląsku. Do tej pory działaliśmy na podstawie okręgów, gdzie każdy okręg miał swoje własne ciało odpowiedzialne za finanse, sprawy członkowskie, biuro prasowe itd. W takim układzie okręgi z mniejszą liczbą członków zasypywane były pracą administracyjną przez co nie miały już mocy przerobowych, żeby aktywnie angażować się w działania polityczne we własnym regionie. W proponowanych zmianach jest zapis o powstaniu Zarządów Wojewódzkich, które tą pracę administracyjną mają od wszystkich okręgów w województwie przejąć. Są oczywiście zwolennicy i przeciwnicy takiego rozwiązania. Nawet mimo początkowych ustaleń nie udało nam się uniknąć dosyć zażartej dyskusji.

Sporą część dyskusji zajęła rozmowa o naszych ciałach równościowych – Komitecie Równościowym i Komitecie Dyscyplinarnym. W ciągu ostatniego roku, o ile sens istnienia samych ciał nie jest poddawany pod wątpliwość okazało się, że ich kompetencje i narzędzia wymagają doprecyzowania. Także kwestia komu obydwa ciała mają podlegać była dyskutowana. Czy, jako władza quasi-sądownicza powinna być wyłączona spod zwierzchnictwa Zarządu Krajowego czy w ramach usprawnienia jej działania takim nadzorem powinna być objęta.

Są też kwestie statutowe, których istnienie nie podlega żadnej wątpliwości i nie będą zmieniane. Są to m.in. kolegialność w podejmowaniu decyzji na każdym szczeblu organizacji oraz parytet we wszelkich ciałach. To, według mnie największe osiągnięcia naszej kultury organizacyjnej. Dzięki tym dwóm zapisom mamy dużą gwarancję, że nie zaczniemy dryfować w kierunkach, w których moglibyśmy osiadać na mieliznach życia politycznego. Także to powoduje, że czuję się dumny, że jestem częścią partii, która tak bardzo ceni równość i egalitarność.

Czy w polityce jest miejsce dla marzycieli i marzycielek?

Tak naprawdę nigdy nie myślałem o tym, żeby być politykiem. Do anarchisty zawsze było mi daleko, ale politycy/polityczki zawsze kojarzyli/ły mi się źle. Miałem podobne do ogólnego zdanie, że „każdy polityk to świnia czarna” jak to określał w swojej twórczości K.Staszewski. Szeroko rozumianą polityką interesowałem się od zawsze. Jako jedyny w podstawówce wiedziałem o co idzie w konflikcie w Górnym Karabachu czy na Zachodnim Brzegu. Noc teczek pamiętam doskonale. Nigdy jednak nie myślałem o tym, żeby te zainteresowanie przekuć na faktyczne, realne działania. Ot, byłem kolejnym malkontentem, który narzekał na sytuację w polityce. Do czasu…

… aż nie natrafiłem na Razem. Okazało się, że istnieją ludzie, którym jak mi nie podoba się zastana sytuacja, ale którzy mają siłę, odwagę i wolę to zmienić. Wpadłem w Razem od pierwszego spotkania po uszy. Od samego początku działalności partii we Wrocławiu jestem w niej obecny i aktywny. Ta działalność pozwala mi z wstawać rano z łóżka z wiarą, że można inaczej, że Inna Polityka naprawdę Jest Możliwa. Działając opieramy się na własnych, wewnętrznych przekonaniach i na przyświecających nam ideach wolności, równości i solidarności. W naszym wypadku nie są to puste hasła, które wyszły nam w badaniach fokusowych, ale prawdziwy wyraz własnego politycznego Ja. Wierzymy w to, że tylko przez realizację powyższych jesteśmy w stanie zawrócić z równi pochyłej w stronę autorytaryzmu. Zdajemy sobie jednak sprawę z tego jak wygląda polskie społeczeństwo i jak nikły procent współobywateli podziela nasz zdanie. Podejmujemy się jednak tego zadania wiedząc ile pracy będzie to nas kosztować i że sukces wcale nie musi nadejść. Zaryzykujemy jednak, bo nie chcemy i nie będziemy działać w inny sposób.

20170514_142154_Film4

Okazuje się, jednak że nie możemy. Że powinniśmy iść w wyborach z ludźmi, z którymi nie jest nam po drodze (co więcej, to w nich widzimy grabarzy lewicy w Polsce). Że nie możemy nie pojawiać się na manifestacjach, na których manifestujący jeszcze pół roku wcześniej robili dokładnie to samo. Że nie powinniśmy też wierzyć, że oddolna praca przyniesie jakiś efekt, że powinniśmy przestać „pieprzyć o długim marszu”. A wszystko to powinniśmy robić (czy raczej nie powinniśmy czegoś robić) w imię „odsunięcia od władzy PiS”. Próbuje się nam wmówić, że jeżeli nie porzucimy swoich wartości, swojego sposobu widzenia polityki będziemy odpowiedzialni za kolejną kadencję z PiS a co za tym idzie prawdopodobnym utrwaleniem się autorytarnych rządów.

Rozumiem, że tak wychodzi z wyborczej arytmetyki, ale jeżeli ktoś chce złożyć przyszłość polskiej demokracji na barki najmniejszej, najmłodszej organizacji politycznej to jest naiwny na granicy głupoty. To nie my jesteśmy odpowiedzialni jak wygląda sytuacja polityczna w kraju. Więcej, powstaliśmy dlatego, że cała, ale to absolutnie cała klasa polityczna i strefa medialna zachowuje się w sposób, który do obecnej sytuacji doprowadził. Teraz przedstawiciele świata polityki i mediów radzą nam, żebyśmy zachowywali się dokładnie w ten sam sposób, który w naszej ocenie jest odpowiedzialny za samodzielne, autorytarne rządy PiS. Gdzie w tym sens?

Drogie koleżanki/koledzy publicystki/publicyści, jeżeli tak bardzo obawiacie się, tego że PiS wygra kolejne wybory a głosy oddane na nas nie przełożą się na mandaty to może zamiast starać się nas rozpuścić w quasi-lewicowym bloku zauważcie naszą odrębność i zacznijcie ją wspierać. Zamiast dawać nam rady, które dla nas są nieakceptowalne pochylcie się nad naszym przekazem, postarajcie się nas zrozumieć i zacznijcie o nim mówić. Niech nasza wiara, w to że politycy_czki mogą naprawdę reprezentować swoich wyborców rozleje się po kraju. Niech wyborcy zauważą nas jako realną alternatywę do politycznego mainstreamu a może przekonamy tych, którzy w tej chwili nie głosują w ogóle. Jedyne co teraz widzę to doklejanie nam łatki „osobno” bez cienia refleksji dlaczego tak bardzo i z tak wieloma nam nie po drodze.

Proszę pamiętajcie, że większość z nas prędzej odejdzie z polityki niż zacznie działać tak jak wy byście chcieli.

A przecież Razem to taka piękna inicjatywa.

„…chętnie państwu łapkę poda…”

Marcelina Zawisza nie podała Włodzimierzowi Czarzastemu ręki na demonstracji pierwszomajowej organizowanej przez OPZZ co zostało odebrane jako polityczna niedojrzałość, buta i arogancja.

Mnie jednak zastanawia czego spodziewał się sam W.Czarzasty w odpowiedzi na swój gest „pojednania”? Nasza (razemitów) niechęć do SLD jest przecież dobrze znana i o żadnym jednoczeniu się nie ma tu mowy. Wiadomym jest, że w naszej ocenie to SLD jest odpowiedzialne za pogrzebanie lewicy w Polsce. Mariaż z liberalną polityką gospodarczą i konserwatywną „światopoglądową” w żaden sposób z lewicową, progresywną polityką się nie łączy. Czego więc W.Cz. się spodziewał?

79ab0f233becb1c8674aeea4f46ab4e277fb7348

Jeżeli spodziewał się, że Marcelina gest odwzajemni tzn., że nie zna w ogóle nastrojów w organizacji, z którą tak bardzo chce się „jednoczyć”, że praktycznie nic o niej nie wie. W takim wypadku można poddać w wątpliwość jego zdolności polityczne, intuicję polityczną czy jakość jego politycznego zaplecza, które zasugerowało, że taki gest może spotkać się z reakcją pozytywną.

Jeżeli spodziewał się, że Marcelina gestu nie odwzajemni a mimo to go wykonał to wykazał się zwykłym politycznym cynizmem. Z góry założył, że dzięki takiemu działaniu pokaże, że SLD jest to „rozsądną” siłą na lewicy i ustawi Razem w szeregu „młodzieży bawiącej się w politykę”. Jeśli tak to czy jest to dla nas partner do współpracy? Czy możemy wspólnie działać z kimś kto świadomie i z premedytacją „wsadza nas na minę”?

Dla samego W.Cz. to była „win-win situation”. Odwzajemni gest – dobrze, SLD jednoczy lewicę. Nie odwzajemni – też dobrze, SLD jest jedyną „poważną” opcją na lewicy. Nie wkalkulował jednak jednego. To nie było dobre dla polskiej lewicy. W imię bardzo krótkowzrocznego, medialnego efektu postanowił podłożyć świnię swojemu, jak sam twierdzi partnerowi na lewicy.

I jeszcze coś o czym warto pamiętać przy takich sytuacjach:

Razem jest budowane na gniewie. Jeżeli komuś wydaje się, że w sytuacjach publicznych czy medialnych będziemy zachowywali się grzecznie, mimo że ktoś stara się nami pogrywać to jest w wielkim błędzie. Jeżeli komuś wydaje się, że Razem będzie grzecznym misiem, który zawsze komuś łapkę poda tzn., że nic o nas nie wie ani o celach (razem z tą dla L.M.) nam przyświecających. Razem powstało po to, żeby politykę zmieniać a nie w nią grać na zastanych zasadach.

Mężczyzna w patriarchacie.

Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie problem męskości, rola mężczyzny we współczesnym świecie. Zastanawia mnie jak wyglądałby męska emancypacja. Nie mam jeszcze żadnego punktu zaczepienia, czy choćby pojedynczego postulatu, ale wpadł mi w oko/ręce artykuł o męskiej emancypacji na racjonalista.pl. O ile nie jestem w stanie określić czym męska emancypacja jest, mogę na 100% określić czym nie jest.

Nie jest niczym opisanym w tym artykule. Autorka emancypację mężczyzn widzi w powrocie do „patriarchalnego typu rodziny”, ale w nowoczesnej, bliżej nienakreślonej wersji. Maria Szyszkowska zapomina, że kobiety nie wrócą już do roli „serdecznego przyjaciela, umiejącego milczeć, słuchać i przyznawać się do swojej niewiedzy”. Po pierwsze dlatego, że zakłada, że to kobiety się mylą co jest przykładem mansplaining’u w czystej postaci. A po drugie: emancypacja kobiet zaszła już tak daleko, że jest to mentalnie/historycznie niewykonalne. Równie dobrze moglibyśmy zacząć nawoływać do powrotu do idei przed-oświeceniowych.

Jednak największym błędem tego artykułu jest twierdzenie, że patriarchat jest dobry dla mężczyzn. Może i  jest, ale tylko dla pewnego typu mężczyzn, tzw. „alfa samców” (jeżeli ktoś lubi być nazywany „samcem”). Dla większości z nas jest opresyjny. Oczywiście nie w takim stopniu i skali jak dla kobiet, ale również. Kiedy myślę o zdrowym, męskim rozwoju żadna z propozycji patriarchalnych nie spełnia podstawowych warunków. Patriarchat nie pozwala mężczyznom posiadać uczuć a już na pewno nie pozwala ich ekspresyjnie wyrażać. Patriarchat to chowanie frustracji, strachu czy niepewności aż do zawału, nerwicy lub alkoholizmu. Dlatego postulat emancypacji męskiej realizowany w patriarchalnym społeczeństwie brzmi w moich uszach przynajmniej dziwnie.

Jeżeli myślimy o świecie bardziej zrównoważonym, bardziej sprawiedliwym, opartym na współpracy a nie wyzysku to do lamusa oprócz kapitalizmu musimy odstawić także patriarchat. Możemy być albo motorem napędowym tych zmian, albo ich hamulcowymi.

Panowie, decyzja należy do Nas.