It’s not rocket science!

Dziś jest Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Dziś jest też dzień, w którym naczelny polski antysemita razem z nacjonalistami manifestowali w Oświęcimiu z hasłem „Czas walczyć z żydostwem”. Jeżeli to nas nie obudzi, to już prawdopodobnie nic tego nie zrobi.

Sięgnęliśmy dna. Jako społeczeństwo, państwo prawa, ofiary tej samej ideologii, która doprowadziła do tragedii, którą dziś wspominamy. Dobiłyśmy do dna i zaczynamy kopać głębiej. Dzisiejszy dzień pokazał, że wszystkie „pasy bezpieczeństwa”, jakie miałyśmy, nie działają. Wszystkie mechanizmy, które miały nas uchronić przed powtórką z przeszłości, nie uruchomiły się. Jedziemy prosto w otchłań autorytaryzmu, faszyzmu, rasizmu i innych -izmów, które będą za chwilę wsadzały do obozów ludzi, którzy nie pasują do jakiegoś fantazmatu nakreślonego przez ludzi zaślepionych własną frustracją. Już za rogiem czają się rządy faszystów (co już się dzieje w Brazylii), rasistów (co już się dzieje w USA), homofobów (co już się dzieje w Czeczenii) i osób nienawidzących kobiet (co już się dzieje u nas). Możliwe, że już przekroczyłyśmy Rubikon i nie pozostaje nam nic innego, jak tylko obserwować, jak świat się kończy i czekać kiedy przyjdą po nas.

Ale jeżeli nie, jeżeli jest jeszcze choć cień szansy na odwrócenie tego trendu, to już teraz jest czas na radykalne działania. Ciepła woda w kranie i inne półśrodki już nie wystarczą.

Należy w końcu ludzi uczynić odpowiedzialnymi za swoje pełne nienawiści słowa. Nie zezwalać na demonstracje, jeżeli ich organizatorzy używali wcześniej języka nienawiści. Tropić, sądzić i karać osoby, które jawnie nawołują do dyskryminacji w internecie: mamy do tego wszelkie potrzebne narzędzia, potrafimy wytropić wpis każdej osoby, a część z nich robi to publicznie, pod własnym nazwiskiem. Prowadzić mocną moderację komentarzy pod artykułami i na forach internetowych. Nie dopuszczać do rozlewania się rasizmu, homofobii i mizoginii w internecie. Obawiacie się o „wolność słowa”? A czy naprawdę ona teraz istnieje? Naprawdę mamy pluralizm wygłaszanych opinii, czy już tylko skrajnie prawicowy ściek? Weźmy się w końcu za porządki, bo nasza przestrzeń publiczna przypomina bardziej śmietnisko niż forum wymiany myśli.

Ale to tylko pierwszy krok. Musimy pójść dalej. Musimy w końcu przestać oszczędzać na edukacji i ochronie zdrowia. To od tych dwóch czynników zależy, czy członkowie i członkinie naszej społeczności będą podatne na faszystowskie treści. Będą też mniej na nie podatne, jeżeli będą miały gdzie mieszkać i wypłata pozwoli przynajmniej dociągnąć do pierwszego. Musimy w końcu zobaczyć, że sposób, w jaki prowadzimy naszą gospodarkę, służy niewielkiemu procentowi, a resztę wpycha w nędzę i frustrację – dwa największe źródła popularności faszystowskich treści.

I oczywiście, że edukacja, ochrona zdrowia, programy mieszkaniowe, zabezpieczenia socjalne są kosztogenne, ale ponoć od wielu lat nasze gospodarki rosną, ludzie się bogacą, PKB per capita jest coraz większe. Gdzieś te pieniądze są. Czy są one u tych, którzy „srają na wydmach za 500+”, tych, którzy „żyją z zasiłków płodząc kolejne dzieci”? Nie! Są u tych 26 osób, które mają więcej niż połowa ludzkości. Może w końcu przestańmy się oszukiwać, że „wolny rynek”, płaskie podatki i deregulacja spowodują, że nam też coś skapnie? Potrzeba nam progresji podatkowej z wysoką stawką dla astronomicznych dochodów. Potrzeba nam podatków spadkowych i majątkowych. Potrzeba nam ujednolicenia podatków korporacyjnych w Unii, żeby skończyć z rajami podatkowymi na naszym kontynencie. Potrzeba nam uregulowania i opodatkowania rynków finansowych, bo coraz częściej wyglądają jak zabawki dla dużych chłopców, a nie sposób inwestowania kapitału. I proszę! Znajdą się środki na porządną, wolną od prawicowej i kościelnej indoktrynacji szkołę. Znajdą się środki na ochronę zdrowia bez lekarzy bez sumienia. Znajdą się środki na mieszkania nie drenujące naszych budżetów i robiących z nas niewolników. Znajdą się środki na walkę z wykluczeniem, które wprost prowadzi do wzrostu nastrojów nacjonalistycznych, faszystowskich i całej reszty “idei” sprowadzających nas na skraj przepaści.

Wielkim oburzonym obrońcom „aspirującej klasy średniej” chciałbym tu przypomnieć, że powyższe podatki was nie dotkną, bo jeszcze dostatecznie nie „wyaspirowaliście”. Ponadto klasa średnia, w związku ze swoim modelem rodziny (2+1, maks 2+2) jest w stanie się odtwarzać tylko i wyłącznie poprzez zapewnienie ciągłego awansu społecznego z klas niższych. Powyższe rozwiązania są w waszym interesie.

Wszystkie powyższe spostrzeżenia pochodzą z codziennych obserwacji świata. Nie potrzeba do nich akademickiej wiedzy, czy głębokiej intelektualnej analizy. Wystarczy zdrowy rozsądek. Jeżeli ja jestem w stanie do takich wniosków dojść, ale większa część naszej klasy politycznej nie, to naprawdę wątpię w jej intelektualne możliwości i drżę o naszą przyszłość pod jej przewodnictwem.

 

 

Korekta: Paweł Laskoś-Grabowski

Reklamy

Akcesja, czy kolonizacja?

Obecne wydarzenia na Węgrzech pokazują z jednej strony, że społeczeństwo może znieść reżim tylko do pewnego poziomu, a z drugiej, w jaki sposób kraje Europy Środkowej i Wschodniej (Central and East Europe – CEE) traktowane są przez „starą Unię”. Jak na dłoni widać, że prawo podnoszące limit nadliczbowych godzin z 250 do 400 oraz wydłużające okres ich rozliczenia do trzech lat (!) pisane jest pod zachodnie koncerny.

W ciągu ostatnich miesięcy brałem udział w kilku spotkaniach organizacji i partii lewicowych z krajów CEE. W Berlinie na zaproszenie Rosa-Luxemburg-Stiftung, w Tbilisi na zaproszenie Solidarity Network i w Pradze na spotkaniu European Left. Z każdego z tych spotkań wyjeżdżałem z nieodpartym wrażeniem, że Unia Europejska nie spełnia oczekiwań naszego regionu. Były to zarówno osobiste opowieści, jak i twarde dane na to, że kraje CEE nie są traktowane w Unii po partnersku.

Od kolegów i koleżanek z Węgier i Rumunii słyszałem o wyzysku pracowników przez zachodnie korporacje. O kiepskich warunkach pracy w call centers zlokalizowanych w tych krajach. O traktowaniu pracowników i pracowniczek z naszego regionu jak taniej siły roboczej. O blokowaniu inwestycji, które mogłyby wyciągnąć nas z pułapki średniego wzrostu.

Jednak dysproporcje w traktowaniu krajów CEE dobitnie pokazuje podejście do chińskich inwestycji w Europie (pomijam fakt, czy współpraca z Chinami jest w ogóle dobrym pomysłem). Nasz region krytykowany jest za współpracę z Chinami w ramach programu „Platforma 16+1”, podczas gdy „stara Europa” szeroko korzysta z chińskich pieniędzy.  Sytuację dobrze obrazuje też to, jaki procent chińskich inwestycji lokowany jest w krajach CEE. Jak pokazywały podczas swojej prezentacji osoby z Bułgarii, jest to niewiele ponad 2%.

Nie da się nie zadać pytania o charakter naszego, ale także pozostałych krajów CEE, członkostwa w Unii Europejskiej. Osoby z naszego regionu o lewicowych poglądach często mówią wprost, że w 2004 roku nie przystąpiliśmy do Unii Europejskiej, ale zostaliśmy przez nią skolonizowani. Pytanie jest tym bardziej zasadne w perspektywie nadchodzących wyborów do europarlamentu. Jeżeli organizacje proeuropejskie nie usłyszą tego głosu, zostanie on zagospodarowany przez eurosceptyków i/lub nacjonalistów. Niezadowolenie z działań UE nie wynika z zaściankowości, czy z faktu nie bycia Europejczykiem czy Europejką. Obywatele i obywatelki krajów Europy Środkowej i Wschodniej odczuwają na co dzień, że są obywatelami drugiej kategorii. Zarówno w traktowaniu nas przez zachodnie koncerny w swoich krajach (przypomnijmy, że rzadko który płaci w Polsce podatki), jak i  podczas emigracji zarobkowej do krajów „starej Unii”. Często odczucie to pozostaje jednak nienazwane, a czasami wręcz nieuświadomione. Ważne jest, abyśmy idąc do wyborów europejskich potrafili je zauważyć, nazwać i przedstawić konkretne propozycje w celu ich rozwiązania. Takie postulaty, jak europejska płaca minimalna czy europejska dywidenda obywatelska mogą przyczynić się do rozpoczęcia dyskusji o nierównościach wewnątrz Unii Europejskiej.

Korekta: D.K.

Róbmy Politykę miejską!

Polityka mieszkaniowa, transportowa, równościowa oraz walka o czyste powietrze powinny być priorytetami na najbliższe lata we Wrocławiu. Bez takich filarów będziemy miały dalej miasto na pasku biznesu, duszne, zakorkowane, a do tego ksenofobiczne i rasistowskie. Poniżej — w wielkim skrócie — opisuję, jak do tych tematów podejść, jak wybrnąć z obecnej wrocławskiej niemocy. Zmiana nadchodzi.

Polityka mieszkaniowa
Żeby zacząć mówić o polityce mieszkaniowej (czy jej braku) we Wrocławiu, musimy odpowiedzieć sobie na pytania: „czyje jest miasto?”,  „do kogo należy?”. Naturalną odpowiedzią jest: “Do mieszkańców”. Posługując się banałem„mieszkańcy muszą mieć gdzie mieszkać” dojdziemy do momentu, w którym odpowiedź na kolejne pytanie — „czy miasto powinno budować mieszkania?” — wydaje się jasna. Jeżeli miasto ma służyć mieszkańcom i mieszkankom, a nie wyobrażam sobie tego w drugą stronę, to musi wziąć na siebie przynajmniej część obowiązków związanych z zaspokajaniem potrzeb mieszkaniowych swoich obywateli i obywatelek.
Miasto ma więcej instrumentów niż miejscy politycy są w stanie przyznać. Przede wszystkim może budować samodzielnie. Korzystając z niskooprocentowanych kredytów z Europejskiego Banku Inwestycyjnego lub Banku Gospodarstwa Krajowego może powiększać własny zasób komunalny (czyli liczbę mieszkań będących własnością miasta). Przy tak zrealizowanych inwestycjach lokator, w trakcie wynajmu nie dochodzi do własności lokalu, więc miasto nie rozdaje mieszkań (co jest częstym zarzutem ze strony liberałów), ale zapewnia dach nad głową swoim obywatel(k)om. Innym instrumentem może być partnerstwo publiczno-prywatne. W takim modelu miasto może przekazywać działki (lub uczestniczyć w kosztach budowy w inny sposób) deweloperom pod budowę w zamian za przekazanie do zasobu komunalnego jakiegoś procentu mieszkań. Takie działanie przeciwdziała również  zamykaniu grup społecznych we własnym gronie, czyli gettoizacji. Podobnie można budować mieszkania, w partnerstwie, gdzie miasto uzyskuje wpływ na wysokość czynszu.
Samo budowanie to oczywiście nie koniec polityki mieszkaniowej. Zostaje jeszcze dbanie o majątek, który obecnie jest w rękach miasta. Trzeba przede wszystkim zatrzymać wyprzedaż lokali oraz budynków pozostających własnością miasta. Należy też o niego zadbać, ale w inny sposób niż dotychczas. Remontujmy całe budynki, nie tylko fasady, a tam, gdzie będzie to uzasadnione, remontujmy także same mieszkania, podnosząc ich standard. Jeżeli w wyniku takich działań wzrosną koszty utrzymania mieszkania (wyższy standard — wyższy czynsz), miasto powinno wprowadzić dodatki mieszkaniowe, które tę różnicę zniwelują.

Polityka transportowa
O polityce transportowej mówią i piszą wszyscy. Jest ona priorytetem wielu programów politycznych. Z mojej perspektywy są to jednak plany szczątkowe. Linia tramwajowa tu, ścieżka rowerowa tam, kładka lub przejście dla pieszych jeszcze gdzie indziej. Kiedy myślę o polityce transportowej Wrocławia, mam na myśli całkowitą zmianę przyzwyczajeń wrocławian w zakresie poruszania się po mieście oraz zmianę postrzegania transportu przez miejskich polityków, polityczki, urzędników i urzędniczki. Niby wszyscy i wszystkie wiemy, że Wrocław nie jest w stanie zmieścić więcej prywatnych samochodów na swoich ulicach (także parkingach, chodnikach, trawnikach, parkach), ale nie widzę nigdzie wokoło siebie woli zmiany takiego stanu rzeczy.
Wprowadzenie Wizji Zero może to zmienić. Priorytetem jest oczywiście poprawa bezpieczeństwa na ulicach miasta, ale poprzez realizację założeń polityki (m.in. uspokojenie ruchu samochodowego) wpływamy na długofalowe procesy zmiany przyzwyczajeń mieszkańców i mieszkanek miasta. Oczywiście trzeba zaproponować realną alternatywę. Najlepszym rozwiązaniem jest transport publiczny. Połączenie sieci linii tramwajowych (rozwijanej i utrzymywanej w odpowiednim stanie), siatki połączeń autobusowych oraz kolei miejskiej z wygodnymi stacjami przesiadkowymi, punktualnymi odjazdami oraz funkcjonalnymi wiatami na przystankach na pewno przekona przynajmniej część użytkowników samochodów, że można po mieście przemieszczać się szybciej i sprawniej.
To, do czego wrocławianie mogliby się dać przekonać, przy odpowiednim wysiłku miasta to zamienienie samochodu na rower. Wrocław jest miastem w miarę płaskim, a do tego najcieplejszym w Polsce. To są idealne warunki do podróżowania po mieście rowerem. Jeżeli miasto zadba o odpowiednią infrastrukturę, może stanowić to początek prawdziwej zmiany. Potrzebne są nie tylko ścieżki rowerowe, choć to podstawa, ale także bezpieczne parkingi (zwłaszcza przy węzłach przesiadkowych), czy wypożyczalnie rowerów miejskich wyposażone w rowery cargo oraz do przewozu dzieci. Osobiście poruszam się rowerem po mieście (całorocznie) od trzech lat. Brak korków, czekania na przystankach, a przede wszystkim wielka swoboda w planowaniu podróży (rower wjedzie prawie wszędzie) powodują, że nie chce się już wracać do poprzednich metod.

Czyste powietrze
Oczywiście o smogu także mówią wszyscy, ale zapominają o jednej bardzo istotnej rzeczy. Największą część smogu we Wrocławiu produkuje tzw. niska emisja, czyli ogrzewanie mieszkań stałymi paliwami, często o niskiej jakości. Żeby temu przeciwdziałać nie wystarczy program subsydiowania wymiany pieców, czy nawet dopłaty do ogrzewania przy zwiększonych kosztach. Miasto musi wprost wziąć na siebie odpowiedzialność, za to, żeby “kopciuchów” w mieście było jak najmniej. Droga do tego jest tylko jedna. Przede wszystkim inwentaryzacja starych pieców. Miasto w tej chwili nie wie, ile faktycznie pieców zatruwa nasze powietrze. Następnie przejęcie na siebie procesu wymiany pieców. Nie mówimy tu tylko o tych piecach, do wymiany których mieszkańcy i mieszkanki sami i same się zgłaszają, ale o podjęciu działań (planowanie, zlecanie, a w uzasadnionych przypadkach także 100% finansowanie) wobec tych, których właściciele, z różnych powodów do wymiany nie zgłosili.
Tylko w ten sposób, przejmując całkowitą odpowiedzialność za akcję wymiany pieców realnie poradzimy sobie z problemem.

Polityka równościowa (last, but most certain not least)
Na którymś spotkaniu negocjacyjnym usłyszałyśmy od ruchów miejskich, że tzw. “sprawy światopoglądowe” (w tym np. miejski program in vitro) nie przynależą do polityki miejskiej i jako ewentualny komitet nie powinnyśmy się nim zajmować. Nie mogli się bardziej mylić. Miasto ma wiele narzędzi do promowania równości i różnorodności i powinno z nich korzystać.
Pierwszym bardzo kompleksowym rozwiązaniem jest Karta Równości Kobiet i Mężczyzn w Życiu Lokalnym. Należałoby ją przyjąć jak najszybciej. Dokument jest tak obszerny, że pokrywa swoim zakresem całość działań lokalnych promujących równość ze względu na płeć. Znajdziemy tam działania zarówno promujące wybór “niestandardowych ścieżek edukacji i kariery”, działania obejmujące rozwiązywanie problemów mieszkaniowych, zdrowotnych czy transportowych w odniesieniu do płci.
To co miasto może zrobić, a czego nie robi, na co pozostaje ślepe i głuche, to monitorowanie zjawiska dyskryminacji w mieście. W tej chwili nawet nie wiemy do ilu działań dyskryminacyjnych dochodzi. Nie zbieramy danych, nie analizujemy, nie wyciągamy wniosków. Ponadto miasto może wprowadzać szkolenia antydyskryminacyjne dla swoich pracowników i pracowniczek. Może zadbać, o to, żeby wszystkie osoby pracujące w jakiejkolwiek formie dla miasta, wiedziały, które zachowania są dyskryminujące, same nie dyskryminowały i potrafiły na dyskryminację zareagować. W ten sposób miasto może stać się przykładem do naśladowania w jaki sposób sprawić, by nikt, bez względu na płeć, przynależność etniczną, wyznanie (lub brak), czy orientację seksualną nie czuł się w miejskim otoczeniu źle.

Widziałbym Wrocław jako miasto otwarte, nie bojące się wyzwań i przejmujące odpowiedzialność za los swoich obywateli i obywatelek. Jeżeli mamy wybierać przedstawicieli i przedstawicielki, które chowają głowę w piasek, żeby tylko nie powiedzieć nic kontrowersyjnego, to może lepiej napisać dobre algorytmy do zarządzania transportem, usprawniające pracę urzędników i urzędniczek, wyprzedające z automatu miejskie mienie. Jeżeli chcemy dyskusji o mieście, jego roli, zakresie odpowiedzialności, to wybierzmy osoby, które nie boją się zabrać głosu i stać przy swoim zdaniu. Zacznijmy w końcu uprawiać miejską Politykę na serio.

 

Korekta: Agata Kreska, Filip Chudy

Europejska Wiosna, czyli jak się robi demokrację vol.5

ew

Chciałbym wam opowiedzieć o Europejskiej Wiośnie, ale nie chcę powtarzać tego, co można przeczytać na naszej stronie. Chciałbym za to opisać, jak wyglądał proces przygotowań od kuchni. Przynajmniej tę część, nad którą pracowałem osobiście.

Od ponad pół roku pracuję w sekretariacie ds. międzynarodowych przy Zarządzie Krajowym. Moja przygoda z tym ciałem zaczęła się od udziału w spotkaniu „Progresywna sieć Polska-Niemcy”. Żeby być na bieżąco ze sprawami międzynarodowymi, dołączyłem do tego sekretariatu. W międzyczasie udało mi się (z ramienia okręgu wrocławskiego, ale przy wsparciu sekretariatu) wyjechać na warsztaty miejskie do Berlina organizowane przez Rosa-Luxemburg-Stiftung i brać udział w przygotowaniach naszych członkiń i członków na wyjazdy zagraniczne. Pracuję też w części administracyjnej porządkując i archiwizując sprawozdania ze spotkań z partnerami międzynarodowymi.

Kiedy Razem było na finiszu europejskich rozmów koalicyjnych, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk (prowadząca prace sekretariatu) wyszła z pomysłem, żeby z tej okazji zrobić wydarzenie, na którym zaprezentujemy organizacje wchodzące w skład koalicji oraz program na wybory europejskie. Na początku zawiązał się skromny, trzyosobowy (ADB, Zofia Malisz z Razem Szwecja i ja) zespół, który zaczął prace nad zorganizowaniem takiego wydarzenia. Po wstępnym opracowaniu budżetu okazało się, że nie będzie nas stać na zorganizowanie osobnej konferencji, więc postanowiłyśmy spróbować połączyć ją z Kongresem Razem, który wypadał w czerwcu. Wszystkie osoby i ciała zaangażowane w organizację Kongresu wyraziły zgodę na takie połączenie.

Od tego momentu zaczęły się prace koncepcyjne. Pracowałyśmy (tak jak się odbywa większość prac w partii) o w oparciu o komunikator Slack, a także Hangouts, żeby móc porozmawiać „na żywo”. W trakcie prac ustaliłyśmy, że podzielimy wydarzenie na dwie części. Pierwszą, promującą program, z wystąpieniami przedstawicieli_ek wszystkich uczestniczek koalicji, i drugą,  debatę, na której zostanie poruszony któryś z punktów programu. W trakcie prac zdecydowałyśmy jednak, że debata będzie traktowała o polityce miejskiej szeroko zahaczając o idee municypalizmu. Nie mogę powiedzieć, żebym nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy, bo pomysł z debatą miejską był mój. 🙂

Kiedy miałem już swoją działkę do zrobienia, trochę odsunąłem się od organizowania całego wydarzenia (choć dalej byłem odpowiedzialny m.in. za załatwienie tłumaczenia) i skupiłem się na zorganizowaniu panelu miejskiego. Roboczo nazwa miała brzmieć „Progresywne miasta Europy”, ale w końcu stanęło na „Otwarte miasta Europy” inspirowane pomysłem na nazwę komitetu wyborczego we Wrocławiu (autorstwa D.K.). Spośród osób, które rozważałyśmy jako uczestniczki panelu, udało nam się zaprosić: Tomislava Tomaševicia z chorwackiego ruchu miejskiego Zagreb je Naš!, który obecnie ma 4 radnych w radzie miejskiej Zagrzebia, Tomislav był też kandydatem na prezydenta miasta; Jana Śpiewaka z Wolnego Miasta Warszawa, partnera koalicyjnego Razem w Warszawie, prawdopodobnego kandydata na prezydenta Warszawy; Darię Gosek-Popiołek z Razem Kraków, także prawdopodobną kandydatkę na prezydentkę Krakowa oraz Michała Pytlika z Razem Opole, polityka i aktywistę, który m.in. brał udział w proteście głodowym przeciwko powiększeniu Opola. Mając potwierdzenia od uczestniczek panelu przeszłyśmy do opracowywania scenariusza. Skontaktowałem się ze wszystkimi uczestniczkami i wypytałem je o ich ulubione miejskie tematy lub zakres polityki miejskiej, który trzeba na takiej debacie poruszyć. Z tych rozmów narodził się pomysł, by podzielić panel na trzy części: otwartość na obywateli i obywatelki (partycypacja), otwartość na różnorodność (prawa LGBT+ oraz prawa kobiet) oraz otwartość na inność (migranci, migrantki i uchodźcy, uchodźczynie).

Debatę zdecydowała się poprowadzić Magda Owczarek, rzeczniczka prasowa okręgu wrocławskiego. Z nią przystąpiłyśmy do opracowania szczegółowego planu debaty. Wymyśliłyśmy mnóstwo pytań, które można stawiać w trakcie takiej dyskusji, mimo że wiedziałyśmy, że większości z nich nie uda się zadać. Chodziło nam o to, żeby zakres dyskusji mieć na tyle szeroki, żeby móc reagować na dynamikę rozmowy odpowiednimi pytaniami. Szczegółowy plan możecie obejrzeć tutaj.

Podczas samego wydarzenia pilnowałem organizacji tłumaczenia symultanicznego oraz odpowiadałem za relację wydarzenia na Twitterze przez nasze konto Razem International, którym na co dzień się opiekuję. Tu z pomocą przyszła mi Zofia Malisz, która zgłosiła się do tweetowania na żywo, a mi zostało lajkowanie i podawanie dalej wpisów z kont innych organizacji, które brały udział w wydarzeniu (m.in. DiEM25). Pierwsza część wydarzenia upłynęła nam więc na wlepianiu wzroku w komórki i laptopy, by jak najwięcej osób na Twitterze mogło się o naszej inicjatywie dowiedzieć. Możecie ocenić jak nam to wyszło, przeszukując tweety z hashtagami #EuropejskaWiosna, #EuropeanSpring i #HopeIsBack. Mogę na szybko się pochwalić, że w ciągu soboty przybyło nam dzięki temu ponad 70 followerów.

Kiedy rozpoczęła się debata „Otwarte miasta Europy”, kiedy wszyscy goście i gościni zasiedli na scenie na kanapach (sic!), oznaczało to dla mnie koniec faktycznej pracy. Od tej chwili wszystko było w rękach Magdy. Tematy, które zdecydowałyśmy się poruszyć, były na tyle interesujące i miały tak dużo przykładów z życia miast, że udało nam się przerobić zaledwie ⅓ z zaplanowanego scenariusza. Tym niemniej, dyskusja była bardzo ciekawa, a wypowiedzi panelistów i panelistek często przerywały brawa. Okazało się, że główne problemy miast, jak choćby zabetonowanie towarzysko-biznesowo układu są dla nich wspólne, bez względu na wielkość czy położenie geograficzne. Konkluzja panelu była jednak optymistyczna. Widać było rodzące się siły, które są w stanie zmienić oblicze miast, a za nimi całej Europy.

Całe wydarzenie możemy uznać za sukces. Zadowoleni z niego byli nasi europejscy partnerzy i partnerki, którzy od tej pory będą inaczej patrzyli na naszą część Europy. Zadowolone były także delegatki i delegaci na Kongres Razem, którzy wzięli udział w niecodziennym wydarzeniu. Jako organizatorki możemy też być zadowolone, że udało nam się zorganizować wydarzenie, które jednocześnie było ważne i atrakcyjne. Jeżeli to był pierwszy krok do eurowyborów, to z nadzieją patrzę na ich wynik za rok.

Korekta: Paweł Laskoś-Grabowski

Dlaczego nie jestem feministą?

„Kobiety to największe przegrane transformacji ustrojowej” – takie zdanie można usłyszeć z wielu stron oceniających przekształcenia w naszym kraju na początku lat ‘90. I bardzo ciężko się nie zgodzić. Od prawie 30 lat konserwatywna „propaganda” ustawia kobiety w roli, w jakiej w czasach PRL nie musiały spełniać. Mimo że to na kobiety spadał w większości ciężar opieki nad dziećmi, większa była dostępność żłobków i przedszkoli, łatwiej było wrócić po porodzie do pracy. Konserwatywni politycy i polityczki zrobili na początku lat ‘90 skok na prawa kobiet i ograniczyli prawo do aborcji. Od tamtej pory kobietom w Polsce wiedzie się coraz gorzej.
Żyjemy w kapitalistycznej, patriarchalnej kulturze gwałtu. Kobieta, która nie wpasowuje się w takie schematy jest z miejsca kurwą. Każde odstępstwo od wyrobionych kulturowych torów jest traktowane jako zamach na najświętszą świętość. Kultura ta reprodukuje się poprzez powtarzane w kółko rytuały. Chrzest, komunia, bierzmowanie, ślub, ostatnie namaszczenie. W międzyczasie powtarzamy w cyklu rocznym święta wszelakie. Od święta Wojska Polskiego po urodziny, rocznice i walentynki. Żaden/żadna z nas, wychowany_a w tej kulturze nie jest od jej ram wolny_a. Ja także. Zauważam u siebie te same cechy co u innych przedstawicieli osób urodzonych jako mężczyźni i zsocjalizowanych do męskiej roli. Mansplaining, manspreading, agresja, zawłaszczanie przestrzeni publicznej, wypowiadanie się poza swoimi kompetencjami, przerywanie wypowiedzi aż po zwykły „seksizm dnia powszedniego”.
Idee feministyczne są mi bardzo bliskie. W nich widzę przyszłość naszych społeczeństw. Wieszczę także rychły upadek patriarchalno-kapitalistycznego systemu wartości, tak w sferze publicznej, jak i prywatnej. Mam nadzieję, że kolejna fala feminizmu w końcu opanuje naszą kulturę i przejmie ją, niwelując wszystkie (bądź prawie wszystkie) jej wady. Jeżeli oznacza to przeoranie naszej kultury do samych fundamentów, a nawet wyrywając te fundamenty – tym lepiej. Mam dosyć tej kultury, której przedstawicielem i beneficjentem niestety jestem.
Właśnie dlatego nie mogę nazwać się feministą. Nie jest to przypinka, którą można sobie wpiąć w klapę bez względu na prezentowane postawy czy zachowania. Tu prywatne jest publiczne. Tutaj, to co robimy w swoich czterech ścianach ma znaczenie w życiu publicznym. Nie chcę być „papierowym feministą”, a wiem, że i mi zdarzają się zachowania przemocowe, seksistowskie czy mizoginiczne. Tak długo, jak się z tymi cechami, nadanymi w procesie socjalizacji nie uporam, tak długo określanie się jako feminista będzie nadużyciem. Dopóki nie oduczę się mansplainingować, manspreadować, i nie nauczę się zamykać, kiedy nie mam nic wnoszącego do powiedzenia, a jednocześnie słuchać, słyszeć i szanować to co usłyszę, dopóty ze zwykłej przyzwoitości nie nazwę się feministą, mimo że bardzo bym chciał.
Przede mną dużo pracy. Przede wszystkim nauczyć się zauważać wszystkie negatywne zachowania, zanim któraś koleżanka zwróci mi uwagę. Nauczyć się reflektować i przepraszać. Próbować rozumieć, choć nie łudzić się, że jest to tak do końca możliwe. Perspektywy wynikające z procesu socjalizacji są już chyba zbyt odległe, ale zawsze można robić coś lepiej niż obecnie. Piłka jest teraz po naszej, osób socjalizowanych do roli męskiej, stronie. Kobiety wyraźnie artykułują czego chcą, a co jest nieakceptowalne. Teraz od nas zależy, czy coś się w tej materii zmieni, czy dalej będziemy trwały w patriarchalnej kulturze.

Cała Polska Specjalną Strefą Ekonomiczną

Sejm przyjął w ostatnich dniach ustawę umożliwiającą przyznawanie ulg podatkowych CIT, które do tej pory obowiązywały jedynie w Specjalnych Strefach Ekonomicznych, na terenie całego kraju. Ma to skłonić inwestorów do ulokowania swojego kapitału właśnie w Polsce.
Przyglądam się działaniom SSE od samego początku ich istnienia. Jeszcze w latach 90tych, był to całkiem niezły pomysł na wyciąganie z zapaści gospodarczej regionów, które transformacja ustrojowa dotknęła najmocniej. Jednak już od wstąpienia Polski do UE zaczął się z tego robić zwykły biznes, na którym korzystają władze oraz inwestorzy. Pierwsi na dobrym publicity, bo „tworzą miejsca pracy”, a drudzy na zwolnieniach podatkowych. Jedyna grupa, która na tym nie zyskuje, to cała reszta, czyli my.
Rozciągnięcie mechanizmu SSE na cały kraj pokazuje jaką drogę obiera, ten niby socjalny rząd. Widać po takim działaniu, że zapowiedzi „wstawania z kolan” są pustymi hasłami, a obecna ekipa rządząca, oprócz klęczenia w kościołach klęczy także przed wielkim biznesem.
Nie da się prowadzić aktywnej polityki społecznej nie zwiększając dochodów państwa, a tego nie da się zrobić rozdając ulgi podatkowe na prawo i lewo. Jeżeli chcemy mieć sprawne państwo, takie które faktycznie jest w stanie zadbać o potrzeby obywateli, to musimy doprowadzić do uszczelnienia systemu podatkowego, a SSE są jednymi z takich dziur. Dopóki jednak były to pojedyncze strefy porozsiewane po całym kraju można było je kontrolować, ale obecnie forsowane przepisy zrobią nam wyrwę w budżecie, której nie będziemy w stanie załatać w żaden inny sposób.
Oczywiście ilość inwestycji się zwiększy, liczba miejsc pracy także. W tabelkach i na wykresach wszystko będzie w pięknym zielonym kolorze, ale nie oznacza to, że dla nas, zwykłych obywateli to cokolwiek zmieni. Z takich inwestycji nie przybędzie środków w budżetach centralnym i lokalnych. To znaczy, że nie będzie większej ilości środków na ochronę zdrowia, edukację czy programy  mieszkaniowe. Przedstawiciele biznesu i przedstawiciele władzy (bo na pewno nie będą to przedstawicielki) w blasku reflektorów będą sobie spijali z dzióbków, ale dla przeważającej większości nie zmieni to zupełnie nic.

Nie daj się oskubać windykatorom

W UPROSZCZENIU

W maju i czerwcu tego roku będę uczestniczył w akcji pod nazwą „Nie daj się oskubać”. Będziemy starali się dotrzeć do mieszkańców mniejszych miejscowości na Pomorzu Zachodnim, w celu budowania świadomości dotyczącej praw i obowiązków dłużników.

Z doświadczenia wiem, że walka z firmami windykacyjnymi może stanowić spory problem dla osoby nieobeznanej w niuansach prawnych. Dlatego chciałbym się z Tobą podzielić kilkoma poradami, jak zachować się w stosunku do windykatorów – co robić a czego unikać. Wytłumaczę Ci też, dlaczego za dług wobec (przykładowo) dostawcy internetu, ściga Cię firma, której nazwy nigdy wcześniej nie widziałeś (widziałaś) na oczy.

W tej notce skupię się na wariancie zakładającym, że rzeczywiście posiadasz jakieś zadłużenie. Jeżeli firmy windykacyjne nękają Cię, bo, przykładowo, wystąpiła zbieżność nazwisk lub adresów z istniejącym dłużnikiem, to tu sposób obrony jest z reguły nieco łatwiejszy i wymaga jedynie konsekwentnego zaprzeczania, że to Twój dług (możesz windykatorów nawet postraszyć sądem…

View original post 1 569 słów więcej