Strajk, seks i usługi publiczne

Pozwolę sobie w tym wpisie na dosyć luźne analogie i może nie do końca trafne porównania, ale zależy mi na tym, żebyśmy spojrzeli i spojrzały na strajk nauczycieli i na edukację seksualną (mimo, że te tematy nie łączą się bezpośrednio) z trochę innej strony. Chciałbym, żebyśmy zaczęli traktować edukację (zarówno ogólnie, jak i samą seksualną) inaczej niż do tej pory, ale tak jak traktujemy inne dziedziny życia. Normalnie.

Nie rozumiem, jakie racje przemawiają do osób, które są przeciwne podwyżkom dla nauczycielek i nauczycieli. Przecież to osoby, którym oddajemy pod opiekę nasze dzieci. Wydawałoby się, że nasze największe skarby, przyszłość społeczeństwa zasługują, żeby mieć najwyższej jakości opiekę i edukację. Z drugiej strony nie mamy żadnego problemu, żeby zaakceptować wysokie zarobki w bankowości, czy sektorze finansowym. Tutaj jesteśmy w stanie stwierdzić, że pieniądze to bardzo poważna sprawa i że powinni nimi zajmować się dobrze opłacani profesjonaliści i profesjonalistki. Czy oznacza to, że bardziej martwimy się o pieniądze niż o własne dzieci? Mam nadzieję, że nie i że mamy tu do czynienia z jakimś dziwnym społecznym dysonansem, który pozwala na nierówne traktowanie tych dwóch grup zawodowych.

Podobne porównanie można utworzyć między edukacją seksualną a “podstawami przedsiębiorczości”. Często słyszymy, że przedsiębiorczości, czy finansów powinno się uczyć od najmłodszych lat, żeby dzieci mogły sobie poradzić w świecie, gdzie bycie przedsiębiorczym to “gwarancja sukcesu”. Bardzo chcemy wyposażyć dzieci w narzędzia, które pozwolą im na osiągnięcie sukcesu, zdobycie pozycji, czy kolokwialnie mówiąc “zarobieniu kupy hajsów”. Zależy nam na dzieciach, na ich przyszłości, ich szczęściu. Dlaczego więc, kiedy dochodzimy do rozwoju psychoseksualnego dziecka, mamy takie opory, żeby dostarczyć mu wiedzę na najwyższym możliwym poziomie? Przecież ucząc o ekonomii sięgamy przynajmniej do XX wiecznych ekonomistów, a nie średniowiecznych feudałów? Tymczasem wiedza o seksualności człowieka prezentowana w polskich szkołach jest, przyrównując, na takim poziomie jak ekonomia fabrykantów z “Ziemi Obiecanej”. Tym bardziej tego nie rozumiem, że edukacja seksualna, pomijając już fakt, że tworzy osobę świadomą, potrafiącą czerpać radość z życia, wyposaża dzieci w narzędzia, którymi będzie mogło się obronić przed pedofilem, a w późniejszym wieku przed niechcianym seksem i niepożądaną ciążą.
Często w takim wypadku podnoszony jest argument, że to na rodzicach spoczywa odpowiedzialność za seksualne wychowanie swoich dzieci. Że to oni, bez ingerencji szkoły powinni się tym zająć tak, żeby móc przekazać wiedzę zgodna ze swoimi przekonaniami. Nie rozumiem, dlaczego w tak ważnej sferze nie posiłkują się wsparciem profesjonalistów i profesjonalistek.

Jak to się stało, że w naszej grupowej, społecznej mądrości stwierdziłyśmy, że tak ważna sfera jak edukacja może być nisko opłacana, a w przypadku edukacji seksualnej prowadzona przez amatorów i dyletantów? Nie jest to wynik ogólnej ignorancji, bo w innych sferach życia potrafimy zapłacić niemałe pieniądze za wsparcie profesjonalistów i profesjonalistek. To dokładnie edukacja, ochrona zdrowia i inne usługi publiczne trafiły na listę zadań, których dostarczenie na wysokim poziomie nie uznajemy za priorytet. A powinniśmy.

 

Korekta D.K.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s