Europa socjalna – nie liberalna!

Tak jak demokrację, tak samo Europę możemy określić jako wybór między jej socjalnym a liberalnym odcieniem. Z jednej strony mamy prawa różnych grup, uwzględniające grupy defaworyzowane, a z drugiej wysublimowany egocentryzm, który każe nam myśleć, że każdy_a jest kowalem_ką własnego losu. Pierwsze podejście mówi nam, że razem jesteśmy w stanie wywalczyć dla siebie więcej, mimo, że może jednostkowo trochę mniej. Drugie składa, każdej i każdemu z osobna, na barki odpowiedzialność za swój jednostkowy los bez uwzględnienia warunków otoczenia.

Kiedy patrzę na „starą” Europę i szukam przyczyn jej dobrobytu, a także szerokich swobód obywatelskich widzę, przede wszystkim troskę o prawa pracownicze oraz zabezpieczenie przed wypadkami losowymi. Te dwa aspekty wydają mi się być kluczowe. Jeżeli już obalimy mit, że wszyscy bedziemy „parówkowymi potentatami”, musimy dojść do wniosku, że większość z nas będzie zajmowała się pracą najemną. Nie oznacza to, że ktoś_sia jest mniej zaradny_a, mniej przebojowy_a czy mniej inteligentny_a od osoby prowadzącej swój własny interes, ale że w czym innym upatruje realizację samej siebie. To, że zarabianie pieniędzy, pomnażanie majątku nie jest dla nas celem samym w sobie nie oznacza, że coś jest z nami nie tak (mimo, że cała neo-liberalna narracja tak nam mówi). W związku z tym, musimy, jako społeczność pracowników i pracowniczek zadbać o to, żebyśmy mieli i miały zapewnioną przestrzeń do realizacji swoich własnych, osobiście zdefiniowanych celów. Do tego potrzebujemy m.in: stałych godziny pracy, godnych zarobków oraz pewności, że w sytuacji, w której nie będziemy w stanie pracować (tymczasowo – bezrobocie, lub trwale – wypadek, choroba) nie zostaniemy pozstawieni_one sami_e sobie. Dzięki takim rozwiązaniom, jakie panują w większości krajów UE pracownicy i pracowniczki, czyli przeważająca większość, mają czas i ochotę na aktywność jeszcze po pracy zawodowej. Jesteśmy wypoczęci_te, zrelaksowani_e i po prostu szczęsliwi_e. Przekłada się to też na efektywność w samej pracy, a tym bardziej na kreatywność, która jest tak ceniona przez osoby prowadzące firmy czy zarządzające zespołami.

Z drugiej strony możemy postawić Europę liberalną, czyli taką, która przedkłada nad wszystko powyższe wolność jednostki, zwłaszcza wolność do bogacenia się. Nie da się tutaj, jednak pominąć faktu, że z tej wolności rzadko korzystają jednostki a częsciej pan-narodowe korporacje. Przez lobbing w ciałach UE, a najbardziej w Komisji Europejskiej, wprowadzają rozwiązania, które przysparzają im zysków, ale ograniczają nasze prawa socjalne. Za każdym razem, kiedy trzeba zderegulować rynek pracy czy poluźnić/nie zaostrzać kontroli nad przepływem środków finansowych robi się to jednym, dwoma pociągnięciami w imię „wolności”, w domyśle „gospodarczej”. Unia staje tutaj na straży i pilnuje, żeby nikt, żadna organizacja społeczna czy rządowa nie ingerowała w wolność robienia interesów.

Świadomie zawężam tutaj liberalizm UE do działań gospodarczych, bo Europa socjalna nie wyklucza dbania o prawa jednostek. Takie osiągnięcia jak wolności obywatelskie, prawa mniejszości, prawa reprodukcyjne są możliwe do zrealizowania w obydwu modelach – socjalnym i liberalnym. Z tą różnicą, że w modelu socjalnym dostęp do tych zdobyczy jest szersza.

Zadajmy sobie, więc pytanie na czym nam, „pracującej większości” powinno zależeć? Co jest dla nas istotniejsze? Czym, według nas UE powinna się zajmować? W czyim interesie występować? Czy powinniśmy się godzić na ograniczanie sfery publicznej, by prywatne firmy mogły działać bez skrępowania na polu edukacji czy ochrony zdrowia? Czy wolałybyśmy, żeby Unia Europejska prowadziła aktywną politykę mieszkaniową dbając o to, żeby na naszych podstawowych potrzebach nikt nie zarabiał bajońskich sum?

Bezpieczeństwo socjalne, którego nie jesteśmy już w stanie osiągnąć w państwach narodowych jest do osiągnięcia na poziomie Unii Europejskiej. W obliczu globalizacji, żaden europejski kraj nie jest już w stanie sobie samodzielnie radzić z jej wyzwaniami. Tylko jako większa społeczność, społeczność europejska jesteśmy w stanie przeciwstawić się neo-liberalnemu walcowi, który po kolei rozjeżdża wszystkie nasze prawa i wolności. Jako podstawę, filary takiej społeczności postawiłbym właśnie prawa socjalne. Bez względu czy mieszkamy w Grecji, Niemczech czy Polsce, dostęp do lekarza, szkoły, ośmiogodzinny dzień pracy, wolne weekendy są naszymi wartościami wspólnymi. Są na pewno bardziej wspólne, niż forsowane przez niektórych “chrześcijańskie korzenie Europy”. Te pierwsze rozumieją się same przez się, drugie poddają się różnorakiej interpretacji. Zbudujmy, więc Europejską wspólnotę na prostych wartościach, rozumianych w każdym kraju tak samo – dom, szkoła, praca. Pozwoli nam to wspólnie walczyć o to, co dla każdej jednostki jest ważne – zaspokojenie podstawowych potrzeb. To co zrobimy z wolnym czasem i pieniędzmi w ten sposób uzyskanymi zależy już od każdej_ego z nas z osobna.

Reklamy

Jak się robi demokrację vol.4.

Konwencja.

W sali warszawskiej Kinoteki zebrało się ponad 200 członków i członkiń Razem z całego kraju. Na scenie występują kolejne osoby, by opowiadać o lokalnych projektach, które udało się przeprowadzić. Mamy inicjatywę In Vitro w Warszawie oraz inicjatywę żłobkową z Krakowa. O swoich doświadczeniach w walce o prawa pracownicze opowiada także członek okręgu śląskiego, który był zaangażowany w protesty w hucie szkła w Zawierciu. Te wybrane trzy akcje pokazują nasze zaangażowanie w sprawy lokalne. Pokazują też, że nie tylko rozpoznajemy problemy społeczne, ale że dotykają one nas bezpośrednio. Nie jesteśmy oderwanymi od życia politykami_czkami, którzy_re próbują ulepszać świat nie znając jego codziennych wyzwań. To my leczymy się w nieudolnej, niedofinansowanej służbie zdrowia. To my jeździmy spóźniającym się transportem publicznym. To nam potrzebne są mieszkania komunalne, żeby nie wiązać sobie kuli do nogi na samym początku dorosłości. My nie projektujemy rozwiązań dla “zwykłego człowieka”, my jesteśmy zwykłymi ludźmi.

Nie jesteśmy jednak gołosłowni. Po wspomnieniach przechodzimy do planów na przyszłość. Potrafimy wyjść z konkretnymi propozycjami, które pozwolą na zaspokojenie podstawowych potrzeb członków_nkiń naszego społeczeństwa. Ze sceny padają słowa o sprawnej i szybkiej kolei, dzięki której dostęp do lekarza nie łączy się z wyprawą jak na Antarktydę. O godnej pracy i uczciwej płacy w administracji publicznej. O równości w życiu lokalnym, bez względu na to czy masz dużą rodzinę, jesteś osobą z niepełnosprawnością czy osobą doznającą przemocy domowej. Każdy_a ma prawo do pełnego korzystania z życia publicznego – realnie, nie tylko na papierze. Mówimy także o ochronie zdrowia i o roli samorządu, jaką może on odegrać w świetle braku zainteresowania rozwiązaniem jej problemów na szczeblu krajowym. To z budżetów lokalnych możemy sfinansować profilaktykę i edukację zdrowotną, powrót opieki medycznej czy stomatologicznej do szkół, a także zrefundować szczepienia i zapewnić normalne warunki w opiece okołoporodowej.

Na koniec podsumowanie, które da się streścić w dwóch hasłach: “Zmiana przyjdzie od Was” i “Da się!”. To jest trochę życzeniowe, bo nie mamy jeszcze takiego wpływu na rzeczywistość, ale po ostatnich działaniach opozycji czujemy, że oprócz nas nie ma już nikogo wiarygodnego na scenie politycznej. Jeżeli my (razem z partnerami) nie weźmiemy spraw w swoje ręce, to żadna zmiana nie nastąpi.

Miarka się przebrała!

Część z nas miała jeszcze w pamięci protesty pod KPRM w marcu 2016 r. Niektórym stanęło przed oczami całodobowe czuwanie przy miasteczku w temperaturze dużo poniżej biwakowej. Ci i te z nas, którzy_re wtedy nie mieli_ały okazji wziąć w tym udziału, teraz mogło liznąć tamtej atmosfery.

Dwie godziny stania na mrozie było możliwe tylko dzięki naprawdę gorącej atmosferze. Przemówienia Agnieszki Dziemianowicz-Bąk i Marceliny Zawiszy po prostu porywały. Mam nadzieję, że ich apele o zaangażowanie się w działalność społeczną, związkową czy polityczną przyniosą skutek i z dnia na dzień będziemy miały coraz więcej kobiet w polityce. Osobiście najbardziej zapadło mi w pamięć przemówienie przedstawicielki Inicjatywy Pracowniczej, tak pięknie łączące postulaty feministyczne z pracowniczymi. Wierzę, że to właśnie to zostanie zapamiętane z tych protestów: wszystkie powinnyśmy być równe, bez względu na płeć, orientację, kolor skóry czy poziom zamożności.

After(party).

W całym kraju jest nas trochę ponad 2000. Rzadko mamy okazję spotkać się i porozmawiać osobiście. Dlatego takie wieczorne spotkania są tak istotne. To wtedy jesteśmy w stanie na żywo zobaczyć osoby, z którymi często rozmawiamy przez forum, Slack’a czy Massenger’a. Możliwość dopasowania twarzy do wirtualnego bytu jest nieoceniona. Pozwala to na powstawanie nowych pomysłów na działalność, które w wirtualnej rzeczywistości nie są w stanie się wyklarować. Burza mózgów nie działa przez internet. Do tego potrzebne są spotkania, takie jak to.
Nie da się też nie wspomnieć o tym, że taka integracja jest po prostu przyjemna. Po północy poważne tematy ustępują zwykłym rozmowom. To jest naprawdę niesamowite uczucie, kiedy rozmawiasz, o nawet trywialnych sprawach i wiesz, że w żadnym momencie wieczoru nikt nie wyskoczy Ci z jakimś neoliberalnym mitem, którego obalaniem jesteś już po prostu zmęczona. Rozmowy wchodzą wtedy na zupełnie inny poziom. Można pozwolić sobie na puszczenie wodzów fantazji i pomarzyć o Polsce, która będzie już wolna od kapitalizmu i patriarchatu.

Wykłady.

W niedzielę rano osoby, które zgłosiły się na szkolenie stawiły się na wykładach o sejmikach wojewódzkich oraz sytuacji w polskich kolejach. To kolejny krok w przygotowaniach do wyborów samorządowych.

Wykład o sejmikach to była naprawdę potężna dawka wiedzy. Kto i jak wybiera, kto zasiada w organach sejmikowych, jakie ma kompetencje (z podziałem na edukację, ochronę zdrowia, planowanie przestrzenne i.in.) i skąd bierze środki na swoją działalność. Ponadto dowiedziałyśmy się, jak można działać w dużym klubie, małym oraz jako pojedyncza radna. Czyli wszytko to, co dla części z nas może stać się codziennością od jesieni tego roku.

Wykład o stanie kolei zawierał nie mniej wiedzy, ale prowadzony był w lżejszy sposób. Niejednokrotnie zdarzyło nam się całą salą wybuchnąć śmiechem, ale zawsze był to śmiech przez łzy. Stan kolei w Polsce to generator absurdów. Linie o prędkości przejazdu 0 km/h, które w rzeczywistości nie istnieją, ale ładnie wyglądają w tabelkach. Modernizacja, która powoduje likwidację rozjazdów, co powoduje zubożenie sieci linii kolejowych. Brak połączeń na granicach województw. Potyczki kompetencyjne między Polskimi Liniami Kolejowymi, Polregio (dawniej Przewozy Regionalne) a zarządami województw. W tym wszystkim ginie gdzieś pasażer, dla którego istotnym jest dojechać do pracy, szkoły czy lekarza. Nie dziwmy się potem, że ludzie ściągają stare samochody z zagranicy skoro nie ma alternatywy. Pocieszające były jednak przykłady, w których zwiększenie ilości połączeń oraz obniżenie cen biletów doprowadzają do zwiększenia przychodów w przedsiębiorstwie zarządzającym. Czyli #DaSię!, ale trzeba chcieć.

Epilog.

Własne, poparte osobistym doświadczeniem propozycje programowe. Wsparcie inicjatyw, których nie ma już komu wspierać, a są ważne dla dużej części społeczeństwa. A przede wszystkim nauka. Nie udajemy, że pozjadałyśmy wszystkie rozumy. Wiemy, że zawsze jest coś, czego możemy nie wiedzieć, jakiś brak do uzupełnienia. Dodajcie do tego trochę frajdy ze wspólnych spotkań, całonocnych rozmów i macie prawie cały obraz Razem.

Naszą, chyba największą wartością jest szczerość. To, że coraz więcej ludzi nas popiera, wynika z tego, że jesteśmy autentyczne i ludzie to widzą. Czują, że podnoszone przez nas postulaty wynikają z życiowego doświadczenia i są podyktowane troską o społeczność, której jesteśmy częścią, a nie z chęci przysporzenia zysków firmom, kościołowi czy sobie samym.

Feminizacja polityki

Feminizacja polityki odnosi się do całościowej zmiany sposobu, w jaki urządzamy sobie życie. Przestajemy pracować w oparciu o takie cechy, jak rywalizacja, pośpiech, jednogłośność czy hierarchia. Przenosimy środek ciężkości na sprawy codzienne i znosimy sztuczny podział na sfery polityczne i prywatne. Skupiamy się za to na dialogu, współpracy i horyzontalności naszych społecznych struktur. Odrzucamy “puryzm ideologiczny” na rzecz realnych działań poprawiających jakość życia społecznego. Uczymy się w działaniu i cały czas korygujemy swój kurs pod wpływem nowych zdarzeń i poznania nowych faktów (za tekstem Krytyki Politycznej).

Na przykłady tego, że feminizacja polityki właśnie się odbywa, natykam się ostatnio dosyć często – zarówno w pracy partyjnej, jak i w literaturze.

Najciekawszy przykład znalazłem w książce prof. Karola Modzelewskiego: “Zajeździmy kobyłę historii”. W części, w której opisuje on strajki w latach 1980-1981, natknąłem się na opis strajku łódzkich włókniarek. Nie zawiązały one, jak inne strajkujące w tym czasie zakłady, Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Nie posiadały przywódczyń ani żadnej innej sformalizowanej struktury, a ich żądania były wyłącznie ekonomiczne. Brak liderek i hierarchii powodował problemy z zawarciem jakiegoś kompromisu. Strona rządowa była zmuszona negocjować z całą załogą na spotkaniach przypominających wiece. Nie mając już innego wyjścia, nie chcąc zaogniać sytuacji i ryzykować dalszą eskalację konfliktu, rząd PRL wycofał się z podwyżek cen żywności, które były źródłem wszystkich strajków w tamtym czasie.

Wygląda na to, że łódzkie włókniarki dokonały feminizacji polityki na prawie 40 lat przed powstaniem tego terminu.. Przyjmując taką strategię organizacji stały się najbardziej skuteczną grupą nacisku w tamtym czasie. Mimo, że każdy komitet strajkowy miał w postulatach odwołanie podwyżek cen, to właśnie po ich strajku rząd się z nich wycofał.

Podobne procesy widzę także we własnej organizacji. Wszędzie tam, gdzie udział kobiet w strukturze jest większy, staje się ona bardziej płaska oraz silniejsze jest nastawienie na osiągnięcie określonych celów. Biorę udział w pracach biura ds. międzynarodowych oraz w lokalnej, wrocławskiej grupie przygotowującej strategię na wybory samorządowe. W obydwu ciałach prym wiodą kobiety. To one organizują oraz przewodzą pracom na tych polach. Pracując wcześniej w środowiskach zmaskulinizowanych widzę ogromną różnicę w atmosferze pracy, a co za tym idzie, wyższej skuteczności prac w środowisku sfeminizowanym. Panowie często ulegają pokusie do wdawania się w ideologiczne spory o przysłowiową pietruszkę, stawiając sobie za punkt honoru obronę swojego zdania. To, czy ta obrona odnosi się w jakikolwiek sposób do aktualnie toczonych prac, przestaje być istotne.  W przypadku prac nad konkretnymi projektami, z jasno określonymi celami, takie dyskusje są zwykłą stratą czasu. W grupach, w których udział kobiet jest wysoki, pracuje się po prostu lepiej. Jest mniej jałowych sporów i z każdego spotkania wychodzi się z poczuciem, że udało nam się projekt pchnąć do przodu.

Wydaje mi się, że stoimy na krawędzi zmian. Z jednej strony widać patriarchalno-kapitalistyczną siłę, która wpycha nas coraz mocniej w objęcia nacjonalizmu i skończy się pewnie jakąś formy faszyzmu. Nie wiemy jeszcze, co znajdziemy po drugiej stronie. Ale z pewnością powstaje nowa siła, która będzie w stanie zmienić skostniałe stosunki społeczne. Nie mamy już innego wyjścia jak dać się tej sile ponieść. Nie ma już innej drogi niż przyjęcie feministycznej perspektywy. Pozwoli ona świeżo spojrzeć na istniejące problemy i znaleźć wyjścia z sytuacji, do której doprowadziła nas destrukcyjna mieszanka patriarchatu z kapitalizmem. Tylko słuchając siebie nawzajem, bez względu na płeć, rasę czy orientację i z całą pewnością bez względu na pozycję w strukturze, mamy szansę na odwrócenie tego trendu.

 

Korekta: D.K.

Mikołaja nie będzie

Kawa z Białkiem

131206-F-IT851-028W tym roku Mikołaj do mnie nie przyjdzie. Nie dostanę prezentu. Nie zasłużyłam sobie. Nie byłam grzeczna.

Ostatni raz Mikołaj był u mnie dwa lata temu. Bo byłam grzeczna. Nie wychylałam się. Nie tupałam nogą. Nie robiłam scen. Nie beczałam bez powodu. Nie sprawiłam, że komuś zrobiło się przykro. Nie przeklinałam i nie krzyczałam. Wszystkim było miło ze mną. Byłam uczynna. Byłam zawsze ładnie ubrana. Zawsze się malowałam. Mówiłam „proszę” i „przepraszam”. Uśmiechałam się, kiedy ktoś mówił „uśmiechnij się”. Byłam cicho, kiedy ktoś obok mnie obrażał albo inną osobę w moim towarzystwie. Nie wytykałam błędów, kiedy ktoś się mylił, chociaż to ja miałam rację. Nie wychylałam się. Nie walczyłam o swoje.

Byłam grzeczna. Z pokorą przyjmowałam zastany świat. „Tak jest i tak musi być, świata nie zmienisz”, mówiłam sobie, nawet wtedy, kiedy świat wywoływał u mnie frustrację z tej bezsilności. To ze mną jest coś nie tak, mówiłam sobie, kiedy…

View original post 662 słowa więcej

Czy jesteśmy skazani na kredyt? – podsumowanie debaty mieszkaniowej

Frekwencja na debacie “Czy jesteśmy skazani na kredyt?” zorganizowanej przez wrocławski okręg Partii Razem pokazała jak istotne dla mieszkańców i mieszkanek naszego miasta są kwestie mieszkaniowe. W sali Domu Ekonomisty zabrakło miejsc. Osoby chcące wziąć udział w tym wydarzeniu siedziały na podłodze oraz na parapetach.

Z kolei z wypowiedzi zaproszonych gości i gościni jasno wynikało, że Wrocław oddał całą politykę mieszkaniową deweloperom i nie ma ani pomysłu ani nawet woli by, tak ważnym dla Wrocławian i Wrocławianek tematem się zająć. Potwierdza to wpis w “Wieloletnim planie gospodarowania mieszkaniowym zasobem komunalnym 2014-2019” – “Prywatyzacja mieszkań komunalnych pozostaje celem strategicznym Gminy”.  Wynika z niego, że miasto chce się pozbyć “problemu’ mieszkalnictwa w ogóle. Także strategia “Wrocław w perspektywie 2020 plus” nie pozostawia wątpliwości w jaki sposób mieszkanki naszego miasta mają spełnić swoje potrzeby mieszkaniowe, nawet te w trudnej sytuacji. W dziale 4.1.3 Mieszkania możemy znaleźć taki oto wpis: “Standard mieszkań socjalnych przydzielanych osobom w rozpaczliwej sytuacji materialnej powinien skłaniać je do wysiłków zmierzających do pozyskania mieszkań z rynku”. Wynika jasno z niego, że priorytetem dla miasta jest wpychanie ludzi w ręce deweloperów.

Może to jednak drogo kosztować. Jak wyliczyła na początku, prowadząca spotkanie Magda Owczarek z Partii Razem:

– Ceny w centrum sięgają aż 18 tys. za metr kwadratowy (za apartament w centrum miasta). Średnia to około 6 tys. za metr kwadratowy. Jeżeli zdecydujemy się zamieszkać na peryferiach miasta, cena spadnie do średnio 4,5 tys., lecz zazwyczaj będzie się to wiązać z brakiem wygodnych dojazdów do centrum, brakiem infrastruktury, przedszkoli, itp.

Koszt wynajmu kawalerki nawet nie w centrum miasta wynosi jakieś 1600-1700 zł łącznie z opłatami.

Wrocław jest miastem drogim, tak w zakupie mieszkania jak i w wynajmie. Dr Iwona Borowik tak opisuje przyczyny wysokiej podaży kredytów mieszkaniowych:

– Cały czas bierzemy kredyty i wolimy brać kredyty niż wynajmować mieszkania, a sprawa jest prosta – mieszkań na wynajem nie ma dla osób uboższych, a nawet o średnim statusie społecznym. Każdy przeciętny Polak, jak sobie policzy, że na wynajem ma przeznaczyć 1900 czy 2000 zł za mieszkanie, to jest nierzadko ¾ pensji takiej średniej, to woli oczywiście, jak tylko może, postarać się wziąć kredyt.

Z kolei dr. Iwo Augustyński z Uniwersytetu Ekonomicznego oraz członek Rady Krajowej Partii Razem tak opisuję sytuację osób wepchniętych w kredyty:

– Banki są w tym momencie są instytucjami wynajmu. Biorąc kredyt tak naprawdę podpisujemy długoterminową umową najmu z dojściem do własności. Wynajem taki, to z kolei zupełny brak stabilności, jesteśmy zdani na sytuacje losowe i możemy czasami drogo za nie zapłacić. Wsparcie instytucjonalne nie powinno ograniczać się tylko do wsparcia finansowego, ale przede wszystkim zapewniać stabilność zamieszkania. W tej chwili, niestety jesteśmy skazani na kredyt, bo nie ma innej alternatywy.

– Nawet najbogatsi przegrywają w grze o mieszkania – choćby na zdrowiu, bo stoją w korkach po 2h dziennie, jeśli chcą się dostać do centrum – dodaje Przemek Filar, prezes Towarzystwa Upiększania Miasta Wrocławia i dodaje – Bohatersko walczymy z problemami, które sami niedawno stworzyliśmy. Dzisiaj Wrocław buduje szkoły dla Jagodna jednocześnie wygaszając szkoły w centrum.

Jako remedium na problemy mieszkaniowe Wrocławia panieliści_tki wskazali_ły kilka narzędzi:

Mieszkania wynajmowane na długi termin to jest w Niemczech, w Austrii i innych krajach coś zupełnie standardowego, a u nas właśnie tworzy się taki mit, że mieszkanie należy sobie kupić – zauważa Przemek Filar.

– Miasto ma realny, ogromny wpływ na ceny na rynku prywatnym poprzez aktywną politykę w tym zakresie – dodaje Iwo Augustyński –  Wrocław jest najbardziej zadłużonym miastem i są małe szanse na znalezienie pieniędzy w budżecie miejskim na budowę mieszkań na wynajem. Szanse możemy upatrywać w spółdzielniach. Nie muszą być one duże, wystarczy 20 osób, ale spółdzielnie mogą też tworzyć duże podmioty (zakłady pracy?). Miasto powinno wspierać takie inicjatywy.

– Także partnerstwo publiczno-prywatne może pomóc rozwiązywać problemy – mówi Iwona Borowik – Wyjściem może być też zakładanie, wspomnianych wcześniej spółdzielni czy kooperatyw. Dla mnie podstawowym kluczem jest wielość form mieszkalnych, bo dzięki temu może być skierowana do wielu różnych adresatów.

– Istnieją jeszcze TBSy – przypomina Iwo Augustyński – przykład programu ogólnokrajowego, który można wykorzystać lokalnie. Niestety środki przeznaczane na ten program są za małe a możliwości mogłyby być ogromne. Problemem też jest brak inwestycji wokół powstających bloków. Na Stabłowicach dopiero teraz podłącza się osiedle do instalacji miejskich. Są pieniądze, chętni, ale brak infrastruktury. Dopiero teraz powstaje tam szkoła. Problemy te można było przewidzieć.

– Nawet w studium zagospodarowania przestrzennego projektuje się budynki mieszkalne tam gdzie nie ma żadnej infrastruktury – podsumowuje Przemek Filar.

Wrocław jest dużym europejskim miastem, które w przeciwieństwie do swoich “sąsiadów” nie prowadzi żadnej polityki mieszkaniowej. Mieszkańcy i mieszkanki naszego miasta mogą tylko z zazdrością oglądać rozwiązania nieodległego Berlina czy trochę dalszego, ale stawianego za wzór prowadzenia polityki mieszkaniowej Wiednia. Jak wynikało z debaty nie potrzeba nam nowych rozwiązań prawnych, nie musimy robić żadnej rewolucji. Wystarczyłaby dobra wola władz miejskich, wrażliwych bardziej na losy swoich obywateli i obywatelek a nie na interes deweloperów, żeby sytuacja w mieście znacznie się poprawiła.

Progresywna sieć Polska-Niemcy 2017

Z lekkim opóźnieniem, bo to było już ponad tydzień temu, ale chciałem opisać swój udział w wydarzeniu zorganizowanym przez Fundację im. Friedricha Eberta „Progresywna sieć Polska-Niemcy 2017”. Całe szczęście przez całe dwa dni dosyć dokładnie notowałem, więc nie muszę polegać na swojej dosyć zawodnej pamięci 🙂

20171117_143344_Film4.jpg

Jak można przeczytać w materiałach podsumowujących poprzednie spotkania w ramach „Progresywnej sieci Polska-Niemcy” inicjatywa „została powołana do życia w roku 2011 przez Fundację im. Friedricha Eberta w Warszawie. Od tego czasu regularnie kojarzy ze sobą niemieckich i polskich specjalistów młodego pokolenia m.in. z dziedziny polityki, administracji, dziennikarstwa i nauki w celu wspólnego kreowania polsko-niemieckich progresywnych idei dla Europy. Tym razem w centrum uwagi znalazły się tematy „przyszłość demokracji” oraz „gospodarka i sprawy społeczne”.  Sam znalazłem się w tym gronie dzięki uczestnictwu w Akademii Demokracji Socjalnej na przełomie zeszłego i tego roku. Razem ze mną, w tym wydarzeniu wzięło udział czworo innych absolwentów Akademii.

Pierwszym poruszonym tematem były niedawne wybory w Niemczech. Ciekawie było oglądać polityków (tak, nie polityków_czki) tej partii bardzo szczerze mówiących o przyczynach swojej porażki. Co ciekawe, mogłem te doświadczenia odnieść do naszych planów na przyszłość w Razem. Przypadek SPD to dobry przykład czego socjaldemokracja robić nie może. Jedna z przyczyn porażek na pewno było zbytnie scalenie się z chadekami. Wyborcy partii nie mieli poczucia, że SPD będzie w jakikolwiek sposób inna od CDU, bo w samej kampanii w ogóle, lub prawie w ogóle się od nich nie odróżniali. Dobrym podsumowaniem było zdanie, które usłyszałem od działacza SPD już wieczorem, podczas kolacji „Ludzie nam mówią: macie fajny program, dobrego lidera, ale ja wam już nie wierzę. Tyle razy się sprzeniewierzyliście, że nie wierzę, że tym razem może być inaczej”. To pokazuje, że jedną z najwyższych wartości jaką możemy posiadać, jako politycy i polityczki jest wiarygodność. Jeżeli ją utracimy to choćbyśmy wymyślili przepis na ogólnoświatową szczęśliwość to nikt nam już nie uwierzy. SPD w ten sposób zapłaciła za III Drogę oraz brak odporności na pokusy korupcyjne i obrotowe drzwi  wśród bardziej prominentnych polityków tej formacji.

Następne było spotkanie z Aleksandrem Kwaśniewskim. Jego wykład o sytuacji międzynarodowej był całkiem ciekawy. Jednym z wniosków, który był mało optymistyczny, było to, że jesteśmy w przededniu nowego rozdania geopolitycznego i czeka nas kilkanaście lat chaosu, w trakcie których siły na świecie poukładają się na nowo. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że były prezydent z lekką nonszalancją mówi o zagrożeniu ze strony Rosji. Jakby nie wierzył, czy nie uważał, że Rosja może odbudować swoją strefę wpływów, i że Polska może się w tej strefie znaleźć. Osobiście, jednak najbardziej z całej rozmowy zapamiętam w jaki sposób Aleksander Kwaśniewski odpowiedział na pierwsze pytanie, które otrzymał od Justyny Gotkowskiej z Ośrodka Studiów Wschodnich. Były prezydent w pierwszym zdaniu swojej odpowiedzi zawarł strasznie szowinistyczną sentencję „Pani jest jeszcze młoda”. To tylko potwierdza moją tezę, że panowie po 50tce w polityce nie są w stanie już nic zmienić.

Drugi dzień poświęcony był współpracy transgranicznej i przygranicznej Polska-Niemcy. W panelu wzięła udział prezydentka Ostrowa Wlkp., przedstawiciel Urzędu Marszałkowskiego Województwa Lubuskiego oraz dwóch działaczy lokalnych z landów przygranicznych Niemiec. Dyskusja toczyła się dosyć leniwie dopóki Patrick Dahlemann (Parlamentarny Sekretarz Stanu ds. Pomorza Przedniego Kraju Związkowego Meklemburgia-Pomorze Przednie) nie podał jako przykładu dobrej współpracy gospodarczej fabrykę Mercedesa w Jaworze. W mojej, ale nie tylko, opinii ta inwestycja skupia w sobie wszystkie wypaczenia obecnego modelu gospodarczego. Zgłosiłem chęć zabrania głosu w dyskusji i powiedziałem coś mniej więcej w tym stylu:

Zawsze kiedy słyszę o współpracy gospodarczej to zastanawiam się komu ona przynosi korzyści. Przytoczony przykład pokazuje korzyści dla władz lokalnych i centralnych, które w  blasku fleszy otwierają kolejną inwestycję, dla samej firmy Mercedes, której fabryka została dotowana przez rząd w wysokości 80mln zł. oraz została umiejscowiona na terenie SSE dzięki czemu będzie mogła liczyć na ogromne ulgi podatkowe. Na pewno nie skorzysta na tej inwestycji społeczność lokalna. Nawet jeżeli w fabryce zostanie zatrudnionych 1000 osób to w wyniku przyznanej dotacji to państwo będzie im płaciło pensję przez 4 lata. Osobiście wolałbym, żeby państwo zatrudniło nauczycieli, pielęgniarki czy pracowników opieki socjalnej niż dotowało międzynarodowy koncern. Jeżeli tak sobie wyobrażamy współpracę gospodarczą PL-DE, gdzie Polska jest źródłem taniej siły roboczej i ma być rajem podatkowym dla niemieckich firm to raczej nie tędy droga. Dziękuję.”

Nie zostało to skomentowane. Nikt nie odniósł się do mojej wypowiedzi. Zacząłem się zastanawiać na ile ta sieć jest naprawdę „progresywna”.

Wątpliwości te jeszcze potęgował brak gender balance przy doborze panelistów_ek do kolejnych dyskusji. I tak, w dyskusji o wyborach w Niemczech rozmawiało 6 panów i jedna pani w roli osoby podsumowującej wybory, czyli w roli wspierającej. Przy rozmowie z Aleksandrem Kwaśniewskim, za stołem razem z nim siedziało kolejnych 6 panów i jedna pani, która pełniła rolę moderatorki. W dyskusji o współpracy transgranicznej brała udział już prezydentka, ale dalej stosunek kobiet do mężczyzn wynosił 1:4 plus dwie moderatorki.

Jeżeli chcemy nazywać swoje działania progresywnymi to nie możemy nie zwracać uwagi na tak ważne sprawy jak unikanie opodatkowania czy rola kobiet w przestrzeni publicznej. Mam nadzieję, że w dalszych pracach „Progresywnej sieci Polska-Niemcy” uda się ten kierunek skorygować.

Małe rzeczy a pozwalają dalej pracować

W całym zamieszaniu czy wręcz chaosie w pracy nad nową, polską lewicą pojawiają się czasami zdarzenia, które sprawiają, że robi się trochę cieplej na serduszku i można na następny dzień wstać i dalej dłubać swoją działeczkę. Dla mnie taka była ostatnia sobota, w trakcie której przyszła mi nowa energia i trochę nadziei, że to jednak ma sens.

Przede wszystkim, w ostatnią sobotę byłyśmy z akcją Nie daj się oskubać w Kłodzku. Pogoda dopisała, jak na listopad było ciepło. Ludzi było całkiem sporo i odbiór akcji był jak zawsze pozytywny. W tym wypadku bohaterką akcji została urzędniczka z kłodzkiego ratusza, która była niesamowicie pomocna przy organizacji akcji. Wisząc ze mną na telefonie i przeczesując google maps, przez dobre pół godziny pomagała mi wybrać odpowiednie miejsce, żebyśmy z akcją mogły trafić do jak największej liczby mieszkanek i mieszkańców Kłodzka. Jednak hitem było to, że w momencie kiedy okazało się, że nie ma komu odebrać decyzji o zajęciu terenu pani sama zaproponowała, że ją nam na miejsce w sobotę dowiezie. Oczywiście nie możemy wymagać od urzędniczek_ów pracowania po godzinach, ale taka postawa pokazuje, że obiegowe opinie o pracowni(cz)kach państwowej administracji są, co najmniej przesadzone.

Druga, podnosząca na duchu sytuacja miała swój początek dzień wcześniej i też była związana z „Nie daj się oskubać”. Tak się zdarzyło, że Agnieszka Dziemianowicz-Bąk (członkini Zarządu Krajowego) dwa dni przed akcją rozwieszała nam plakaty na kłodzkich słupach ogłoszeniowych (dlaczego akurat ona to zupełnie inna opowieść :)). Nie omieszkała podzielić się tym na swoim profilu Facebook’owym. Zauważył to dziennikarz z portalu Gazeta Przekrój Gospodarczy i przez katowickie struktury Razem dotarł do mnie. Na bazie informacji ze strony internetowej niedajsieoskubac.pl oraz rozmowy ze mną powstał artykuł o naszej akcji oraz o sytuacji dłużników_czek w Polsce. Artykuł ukazał się na portalu w sobotę dokładnie w momencie, w którym rozdawałyśmy ulotki na kłodzkim targowisku. To pokazuje, że nasza kampania a także nasze szersze działania zarówno na polu politycznych postulatów jak i te polegające na „pracy u podstaw” mają sens i są pożądane przez społeczeństwo.  To niby tylko jeden, krótki artykuł w niszowym portalu gospodarczym, ale pozwala to mieć nadzieję, że jesteśmy faktycznie w stanie wpływać na otaczającą nas rzeczywistość.

Także w sobotę ukazał się artykuł o naszej ostatniej debacie, którego jestem współautorką. Portal hipermisto.com udostępnił nam swoje łamy byśmy mogły się podzielić krótkim sprawozdaniem oraz wnioskami z debaty „Wrocław dla wszystkich”, która odbyła się w ramach cyklu „Razem o Wrocławiu”. Pisałyśmy ten artykuł wraz z radną D.K.. Napisałam wstępny szkic oraz zarys wniosków a ona wypełniła te ramy treścią. W wyniku tej kolaboracji powstał nam całkiem zgrabny artykuł, który dosyć dobrze oddaje przekaz płynący z debaty. Odpowiada on na pytanie: co Wrocław robi, żeby być faktycznie miastem spotkań? Niestety – niewiele. Poza PRowymi kampaniami i okazjonalnymi eventami brak jest realnych działań, które mogłyby poprawić sytuację osób odmiennych kultur, ras czy orientacji.

Na co dzień mamy masę pracy i niewiele powodów do satysfakcji. Nie widać jej końca a przez działania obecnego rządu tej pracy nam jeszcze przybywa. Dlatego takie zdarzenia jak przychylność ludzi, publikowane artykuły o naszych akcjach czy nasze własne są tak ważne. Po tym możemy rozpoznać, że zmierzamy w dobrym kierunku. Dzięki temu możemy działać dalej.